niedziela, 14 maja 2017

Rusza nabór na VI edycję warsztatów Krytycy z pierwszego piętra - tym razem spotkania odbędą się w formule Masterclass

Centrum Myśli Jana Pawła II i Gutek Film zapraszają do nadsyłania zgłoszeń na warsztaty „Krytycy z pierwszego piętra (edycja VI): Masterclass”.

Na program bezpłatnych warsztatów składa się 6 spotkań w małej sali kina Muranów, których punktem wyjścia będzie przedpremierowa projekcja filmu z repertuaru Gutek Film. Po seansie odbędzie się spotkanie ze znanym, polskim twórcą filmowym (aktorem, reżyserem, scenografem, operatorem), który skomentuje zaprezentowany obraz z perspektywy swojej specjalności oraz odpowie na pytania uczestników warsztatów. Film zostanie także opatrzony komentarzem krytycznym eksperta Centrum Myśli JP2.

Gościem pierwszego spotkania - 21 czerwca - będzie TOMASZ BAGIŃSKI - nominowany do Oscara wybitny twórca filmów animowanych.

Kolejne pięć spotkań odbędzie się po wakacjach - od września do grudnia 2017 roku. Po każdym z nich uczestnicy będą mieli za zadanie napisania recenzji filmu czerpiąc z wiedzy zdobytej podczas warsztatów.

Wykładowcami poprzednich edycji warsztatów byli między innymi: Barbara Hollender, Paweł T. Felis, Michał Oleszczyk, Michał Walkiewicz, Krzysztof Kwiatkowski, Ryszard Jaźwiński czy Piotr Szygalski. Zaproszenie na spotkanie z krytykami z pierwszego piętra przyjęli także Anna Apostolakis, Agnieszka Grochowska, Katarzyna Herman, Jowita Budnik, Maciej Stuhr, Sławomir Fabicki, Greg Zgliński, Mitja Okorn, Piotr Kozłowski, Mateusz Damięcki, Grzegorz Jaroszuk i Krzysztof Chodorowski.

Warsztaty organizowane są przez Centrum Myśli Jana Pawła II. Partnerem projektu jest Gutek Film. VI edycja warsztatów otrzymała finansowe wsparcie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Zapraszamy do odwiedzenia stron internetowych www.facebook.com/krytycy oraz www.krytycyz1pietra.blogspot.com poświęconych czterem edycjom warsztatów.

UDZIAŁ W WARSZTATACH JEST BEZPŁATNY!

Zgłoszenia zawierające FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY oraz od jednej do trzech recenzji filmowych prosimy przesyłać na adres krytycyz1pietra@gmail.com do 31 maja 2017!

Link do formularza zgłoszeniowego.


O przyjęciu na warsztaty decyduje ocena nadesłanych prac oraz KOLEJNOŚĆ ZGŁOSZEŃ!

niedziela, 18 grudnia 2016

32. WFF: Tancerz (Rosja, Ukraina, USA, Wielka Brytania 2016) reż. Steven Cantor

Cena talentu

Przestronna, zbudowana z białego drewna hala. Poranne promienie słoneczne wkradające się przez otwory w ścianach. Szum zielonych liści. Świt. Młody mężczyzna o doskonale wyrzeźbionej sylwetce, z pochyloną głową, jakby właśnie opadł na podłogę. Będąc w swoistym transie powoli kołysze się to w jedną, to w drugą stronę.

W takiej chwili widzimy Siergieja Polunina po raz pierwszy. 27-letni ukraiński tancerz baletowy ma już na swoim koncie najbardziej prestiżowe wyróżnienia, w wieku 21 lat stał się najmłodszym tzw. principal w The Royal Ballet, obecnie na stałe współpracuje z Moskiewskim Akademickim Teatrem Muzycznym imienia Stanisławskiego i Niemirowicza-Danczenki oraz Nowosybirskim Teatrem Opery i Baletu. Powyższe informacje z łatwością odnajdziemy w Internecie, natomiast dokument Stevena Cantora pozwala dostrzec więcej.


Reżyser zaczyna gwałtownie: w krótkiej sekwencji, przywodzącej na myśl reklamę chcącą przykuć uwagę, niejako streszcza losy Siergieja. Udaje mu się jednak wzbudzić, a co najważniejsze, utrzymać zainteresowanie odbiorcy. W ,,Tancerzu” można znaleźć i nagrania występów z dzieciństwa, i popisowe fragmenty ze spektakli na największych światowych scenach, wypowiedzi i kolegów po fachu, i członków rodziny. Ta ostatnia ma zresztą w przypadku Polunina niemałe znaczenie, stanowiła przecież niejako główną motywację jego wspinaczki po kolejnych szczeblach kariery.

O fenomenie tego filmu stanowi fakt, że można nie znać się na balecie, można nawet go nie lubić, ale magnetyzmowi młodego geniusza ruchu nie sposób się oprzeć. Umiejętna selekcja fragmentów wspaniałych choreografii nie dość, że znakomicie eksponuje talent bohatera, to jeszcze kontrastuje z jego odczuciami, zmęczeniem i, jak sam to nazwał, ,,wypaleniem”. Cantorowi udało się wydobyć z Polunina pokłady energii i radości, ale też i tkwiących głęboko wewnątrz smutku i samotności. Reżyser mógł z łatwością podążyć za sensacją i skupić się na skandalicznym epizodzie z życia Ukraińca, a mianowicie imprezach, narkotykach i alkoholu, ale czy nie byłaby to wtedy tylko kolejna łatwa ocena, sprowadzająca go do ,,artysty, któremu sława uderzyła do głowy”?

Mały Siergiej zapytany, dlaczego tańczy, odpowiadał, że robi to ,,dla innych, żeby sprawić im przyjemność, żeby lubili na niego patrzeć”. Perspektywa tancerza znacznie się jednak zmieniła i po latach sam zadaje pytanie, czy powinien tańczyć tylko ze względu na to, że jest w tym dobry. ,,Tancerz” Stevena Cantora jest więc ostatecznie filmem o poszukiwaniu celu, własnej tożsamości, szczęścia, o uzależnieniu, niemożności zrezygnowania z czegoś, co jednocześnie cieszy, ale i ogranicza, sprawia ból. Polunin przecież próbował odejść, ale nie zdołał; scena ma dla niego zbyt wielką siłę przyciągania.

32. WFF: Słońce, to słońce mnie oślepiło (Polska, Szwajcaria 2016) reż. Anna i Wilhelm Sasnal

Spotkanie z Obcym

Tytuł to tylko wymówka dla zbrodni. Zbrodni podwójnie złej, bo wymierzonej w kierunku obcego. A może potrójnie, bo dokonanej przez obcego na obcym. Dużo w najnowszym filmie Anki i Wilhelma Sasnalów obcości właśnie: zarówno tej mającej źródło wewnątrz siebie i na lokalnym podwórku, jak i zewnętrznej, rasowej. Sami twórcy przyznają się również do luźnej inspiracji powieścią ,,Obcy” Alberta Camusa.

,,Słońce…” przygląda się głównemu bohaterowi (Rafał Maćkowiak), o którym jednak niewiele wiadomo. Jego portret psychologiczny nie jest rozbudowany ani łatwy do odszyfrowania. Głównie biega, od czasu do czasu pracuje, uprawia seks z dziewczyną, jedzie na pogrzeb matki (nie roniąc na nim ani łzy), spotyka się ze znajomymi. W jakikolwiek sposób jego życie definiuje dopiero, o ironio, śmierć, jaką zadaje czarnoskóremu nieznajomemu.


Autorzy starają się w filmie dokonać oceny współczesnego społeczeństwa, co najlepiej widać właśnie we wspomnianej wyżej scenie typowego grilla z przyjaciółmi. Rozmowa szybko schodzi na najbardziej aktualne tematy, to jest kwestię przyjmowania do kraju uchodźców. Padają zresztą wyświechtane, a jednocześnie jakby zaczerpnięte prosto z rzeczywistości zdania wyrażające, eufemistycznie mówiąc, wątpliwości dotyczące godzenia się na obcość we własnej ojczyźnie. Co ciekawe, kamera ustawiona jest wówczas za bohaterem i kieruje ostrość na tył jego głowy; mówiące w tle sylwetki są niewyraźne, co wydaje się sugerować, że Rafał Mularz z jednej strony słyszy, ale nie do końca słucha, a mimo wszystko funkcjonuje w atmosferze wzajemnego podjudzania i podsycania nienawiści, umacniania ksenofobii.
                                                         
Co ciekawe, w filmie pokazano także fragment z prób do spektaklu ,,Wróg ludu” Henrika Ibsena w reżyserii Jana Klaty, dyrektora Teatru Starego w Krakowie. I znowuż, pomysł ten mógłby stanowić wyśmienitą okazję do puszczenia oka do obeznanego i zaznajomionego z samym przedstawieniem, ale i okolicznościami jego powstawania widza. Opowieść o doktorze walczącym z zaściankowością i biernością małego miasteczka mogłaby zgrabnie korespondować z tematem ,,Słońca…”. Tymczasem znalazła się ona w nim przypadkiem, posłużyła tylko jako miejsce pracy dziewczyny głównego bohatera i nie wniosła niczego istotnego do jej portretu.

Trudny temat rasizmu został w ,,Słońcu…” ukazany za pomocą chaotycznie zmontowanych, uciętych i krzywych kadrów, mających oddać dysharmonię w życiu bohatera, będącego być może metaforą społeczeństwa. W scenie przesłuchania sądowego w usta postaci włożono cytaty z wypowiedzi polityków dotyczące owej kwestii, co umiejętnie łączy fikcję z rzeczywistością. Problem nietolerancji został też jednak wpisany w burzliwą dyskusję dotyczącą uchodźstwa, co jednocześnie jest jego zaletą i wadą. Z jednej strony zabieg ten potwierdza uniwersalizm historii, a z drugiej tylko niepotrzebnie upraszcza wydźwięk i próbuje zamknąć debatę, poruszającą wiele niejednoznacznych aspektów sprawy, jednym zdaniem.

piątek, 4 listopada 2016

32 WFF: Ciemność (Meksyk, 2016) reż. Daniel Castro Zimbrón

Zrozumieć mrok

Dom w głębi lasu. W środku ojciec i trójka dzieci. Najmłodsza dziewczynka, dorastający chłopiec i młody mężczyzna, który okres nastoletni ma już mentalnie za sobą. Za oknem mgła i bestia. Nie wiadomo jak wygląda, ale jej ryki roznoszą się po całym domu. Mrożą krew w żyłach i ostrzegają przed wyjściem na zewnątrz. W pobliżu nikogo.

Na pierwszy rzut oka Ciemność wygląda na niepokojący thriller. Rozwijający się stopniowo, bazujący na atmosferze niepewności i zaszczucia. Informacje są dawkowane powoli, często prowadzą do kolejnych pytań, zamiast dawać jednoznaczne odpowiedzi. Tajemnica przybiera formę pajęczyny, która oplata umysł niczym gęsta mgła.

Nie należy się jednak zatrzymywać przy tej podlanej dreszczykiem fasadzie. Tkankę niepokoju uzupełnia opowieść o trudnych relacjach rodzinnych. Drobnych zwadach, które potrafią spiętrzyć się w złogi niepewności. Zaufanie kruszeje, a jego twarda fasada łuszczeje i opada płat po płacie ukazując nagą prawdę. Kończą się czasy niewinności, a świat i najbliżsi ludzie pokazują swoją prawdziwą twarz.

W pewnym momencie na ekranie pojawia się motyw marionetki. Aluzja czytelna nie tylko w stronę jednego z bohaterów, ale i samego widza. Czerpanie z Ciemności w dużej mierze zależy od tego, jak bardzo uda nam się zerwać ze sznurków. Można skupić się tylko na tym, co pokazuje nam reżyser, ale najciekawsze jest to, co poza obrazem.

Dorastanie, trudność relacji z ojcem i makabra łączą się w filmie Zimbrona w interesującą mieszankę. Przy tym w żadnym z wątków nie mamy do czynienia z uproszczeniami. To bardziej zbiór obserwacji, ciekawych pytań i wskazań kierunków, ale bez oczywistych rozwiązań. W tym właśnie tkwi siła Ciemności. Daje duże pole do interpretacji i zachęca do kolejnych seansów. Więcej skrywa w mroku, niż wyciąga na światło dzienne.

wtorek, 1 listopada 2016

32. WFF: To tylko koniec świata (Kanada, Francja, 2016), reż Xavier Dolan

Rodzina w komplecie

„To tylko koniec świata“ jest konsekwentną kontynuacją stylu kanadyjskiego reżysera. Po krótkim i dramatycznym monologu głównego bohatera od razu zostajemy zanurzeni w rytmach utworu, który mówi, że dom jest tam, gdzie boli. Nieco odrealniona scena, spowolnione tempo, zbliżenia na twarze ludzi wokół, kadry spowite w kolorach zachodzącego słońca – i jesteśmy w domu. Główny bohater dosłownie, a Xavier Dolan w kontekście reżyserskiego stylu.

Kiedy teledyskowa sekewncja kończy się, następuje ekspresowa ekspozycja. Nie ma tu bowiem mowy o stopniowym wprowadzaniu bohaterów i oswajaniu ich z widzem. Zostajemy wrzuceni na głęboką wodę rodzinnych relacji, emocjonalnych impulsów i niezręczności. W całym chaosie uścisków i pierwszych dialogów ujawnia się kolejny talent młodego reżysera – świetne wyczucie ludzkich osobowości, które Dolan tworzy, jak sam niegdyś powiedział, na podstawie zachowań i nawyków, które kocha obserwować u ludzi wokół siebie.



Matka (Nathalie Bay) jest charakterologiczną kalką tytułowej bohaterki „Mamy“ – eskpresywna, kiczowato ubrana i pełna miłości dla swojego syna. Antoine (Vincent Cassel) to choleryk i niewolnik własnych resentymentów, które odżywają wraz z przyjazdem jego brata do domu. Jest również Suzanne (Léa Seydoux) sprawiająca wrażenie zafascynowania swoim niewidzianym od wczesnego dzieciństwa bratem, który jako jedyny w rodzinie zasmakował życia wyższych sfer. Jego młodsza siostra zapewne również pragnęłaby wyrwać się z rodzinnej prozy życia – w końcu nie bez powodu demonstruje swą buntowniczą naturę, kiedy w oblepionym plakatami pokoju wypala kolejne skręty, słuchając punk rockowych piosenek. Ekstrawertyczną trójkę dopełnia nieśmiała bratowa Louisa (Marion Cotillard), wypluwająca puste formułki, by stłumić niezręczne chwile. To ona będzie tą kobietą, która, mówiąc niewiele i jakając się, zrozumie z tego chaosu najwięcej. W ten sposób Cotillard przejmuje pałeczkę po Suzanne Clement w sztafecie przenikliwych introwertyczek filmografii Xaviera Dolana.

Ze wszystkimi tymi osobowościami zderza się enigmatyczna postać głównego bohatera (Gaspard Ulliel), który postanawia powrócić do rodzinnego domu, by obswieścić bliskim swoją nadchodzącą śmierć. Dolana nie interesuje jednak zmierzenie się z tematem śmierci, przemijania czy rozliczenia z przeszłością. Cały koncept jest tylko pretekstem, by, podobnie jak w „Mamie“, stworzyć duszną atmosferę, która zmusza do intymnych sytuacji pomiędzy bohaterami. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w takich scenach kanadyjski reżyser czuje się najlepiej, mogąc wyeksponować emocjecentryzm swoich filmów.

Ekspresyjny prym wiedzie przede wszystkim pełna antagonizmów więź braterska pomiędzy Antoine i Louisem. Na pierwszy rzut oka wydaje się ona stereotypowa, ale wraz z rozwojem wydarzeń staje się coraz bardziej pogłębiona i wiarygodna. Louis lubi romantyzować błahe wydarzenia ze swojego życia – w końcu nie bez powodu został uznanym dramaturgiem teatralnym. Dla Antoine każde słowo swojego brata ocieka pozerstwem, a wrażliwość Louisa jest przez niego odbierana jako wyrachowana autokreacja. Zupełnie różne poziomy wrażliwości dwu braci sprawiają, że w jednym narastają frustracje z powodu braku możliwości znaleznia wspólnego języka z uczuciowym artystą, a w drugim umacnia się wrażenie nierozumienia ze strony rodziny. W ten sposób Dolan kreśli stary jak świat konflikt chłodnego praktycyzmu oraz bezkompromisowej uczuciowości. Przyobleka to jednak w kontekst fatalnej relacji rodzinnej, która skazana jest na porażkę.

W swoim szóstym pełnometrażowym filmie Xavier Dolan jest reżyserem samoświadowym, jak jeszcze nigdy przedtem. Retrospektytwy podane w formie audiowizualnej uczty powracają w niezmiennie satysfakcjonującej odsłonie. Widoczna jest również operatorska konswkencja André Turpina, dla którego „To tylko koniec świata“ jest trzecią produkcją u boku enfant terrible kanadyjskiej kinematografii. Kadry spowite w ciepłych kolorach oraz częste zbliżenia na twarze to już znak rozpoznawczy duetu Dolan & Turpin. Ponadto młody reżyser nie przestaje redefiniować popkulturowo oklepanych utworów poprzez osadzanie ich w kontekście scen z życia rodzinnego. Przełamuje tym samym żenadę, która mogłaby towarzyszyć niektórym epizodom, gdyby pokazać je na ekranie sauté – bez dodatkowej narracji muzycznej. Balansując w ten sposób na granicy artyzmu i pretensji, kanadyjski filmowiec wciąż potrafi znaleźć złoty środek, by przenieść na ekran każdą emocję, którą zapragnie pokazać. Bo właśnie na tym, nieprzerwanie od 2009 roku, koncentruje się kino Xaviera Dolana.

niedziela, 30 października 2016

32 WFF: Mama Rosa (Filipiny, 2016) reż. Brillante Mendoza

Ulice nędzy

Brillante Mendoza, filipiński reżyser, jest jednym z odkryć Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Gdy dziewięć lat temu pokazywano tutaj jego „Tirador”, zapewne nikt nie wróżył, że stanie w jednym szeregu z Almodovarem, Jarmuschem, Loachem czy braćmi Dardenne. A jednak stało się. Wszystko za sprawą twórczości, będącej na bakier z aktualnymi trendami, oddającej za to cześć improwizacji i szczegółom rodzimej codzienności.

W „Ma Rosie” – jak wskazuje sam tytuł – punktem wyjścia staje się figura matki, żywicielki, opiekunki ogniska domowego.  Kiedy Rosa (nagrodzona w Cannes Jaclyn Jose) wraz z mężem Nestorem, zostają aresztowani za handel narkotykami ich świat staje do góry nogami. Wykupić się z rąk policjantów? Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Wyznanie winy nie na wiele się zdaje, a wydanie zaopatrzeniowca tylko nakręca pętlę niepewności. Wszak za murami „podziemnej” izby komisariatu panoszy się korupcja i obłuda. Mendoza wyjaśnia w ten sposób, co oznacza klepać biedę w stolicy Filipin. I co ciekawe, nie interesują go wewnętrzne zgryzy bohaterów, a ich zwykła, niebestsellerowa codzienność.

fot. materiały prasowe
Ale w ciemnych i wilgotnych zaułkach Manili jest jeszcze trochę miejsca na poświęcenie i wiarę w rodzinę. Tyle, że wielki temat tegorocznego WFF, przeobraża się u Filipińczyka w akt ekstremalnej ofiary. Dzieci Rosy rozpraszają się po mieście, by uciułać pieniądze na kaucję za wyjście z aresztu: proszą krewnych o pożyczkę, sprzedają zestawy karaoke, a Erwin, doprowadzony do ostateczności, oddaje w zastaw także swoje ciało. Zupełnie jakby swoim upokorzeniem miał zadośćuczynić błędy rodziców. Tym samym Mendoza nie ukazuje czarno-białego podziału na złych policjantów i dobrych obywateli, a zadaje pomocnicze pytania o winę i odpowiedzialność. Autor „Kinatay” nie pozwala zatem na identyfikację nawet z ofiarami opresyjnego systemu.

Chaotyczne, rozedrgane kadry pochodzące z kamery uwieszonej na plecach bohaterów, nadają „Ma Rosie” paradokumentalnego rysu. Ten wizualnie rozklekotany, utrzymany w ryzach surowej formy, film, świadczy nie tylko o niskim budżecie i braku znanych nazwisk, ale też o sytuacji społeczeństwa zepchniętego na skraj desperacji. Niezależność artystyczna i finansowa pozwala reżyserowi przedstawić rodaków ledwo wiążących koniec z końcem, pod batem skorumpowanego sektora publicznego. Mendoza walczy o ich sprawiedliwy portret - dla kina i dla potomnych swojej ojczyzny.

wtorek, 25 października 2016

32 WFF: Rozjemca (USA, 2016) reż. James Demo

Wewnętrzny konflikt


Pierwsze spojrzenie. Facet w podeszłym już wieku, ale wciąż postawny. Z błyskiem w oku i hipnotyzującym głosem. To Padraig O’Malley – człowiek, który praktycznie w pojedynkę godzi i nawołuje do dialogu zwaśnione państwa. Staje się strażakiem gaszącym wewnętrzne pożary. Idealny kandydat na dokument o wybitnej jednostce.

Z początku można odnieść wrażenie ciekawej opowieści o współczesnym bohaterze, który zaryzykował wszystko, by pomóc innym. Niezłomny, żyjący na walizkach, zawsze gotów by pojechać na drugi koniec świata i szukać porozumienia. To jednak tylko jedna strona medalu. Zewnętrzna forma stworzona na użytek innych. O wiele bardziej interesujące jest to, co kryje się w środku. Obraz O’Malleya poza tyglem konfliktów i rozejmów.

Pierwsze przełamanie to informacja o nałogu alkoholowym. Przywiązaniu do procentów, które choć nie gościły w jego organizmie od lat, to wciąż żyją w świadomości. Pojawiają się w myślach, kuszą i nawołują do powrotu. Nie widzimy tu wizerunku zwycięzcy, ale żołnierza, który wciąż tkwi na  polu bitwy. Przyznającego otwarcie, że gdyby nie praca, zapewne butelka wróciłaby do miana najlepszego przyjaciela.
fot. materiały prasowe

Ten zwrot to pierwszy krok w ustaleniu, kim jest Padraig O’Malley. Z biegiem czasu wyłania się portret człowieka rozbitego. Zamykającego się sam na sam ze swoim cierpieniem. Pozbawionego energii i pasji, gdy mowa o pobycie poza strefą konfliktu. Niezdolnego do głębszych uczuć, obcego na miłość. Cierpiącego faceta, który stara się wykrzesać ze swojego życia sens.

Wspomniany czas odgrywa tu niebagatelną rolę, ponieważ staje się przyczynkiem do pokazania problemu starości. Padraig z początku, a ten z końca filmu, to zupełnie inni ludzie. Starość ma tu postać demona, który nie puka do drzwi, ale objawia się w pełnej krasie. Zabiera siły, pamięć i zdecydowanie. Widok tych zmian jest porażający. Szczególnie u osobistości, która złożona jest z paradoksów. Kogoś kto pomaga innym, ale nie radzi sobie przy tym z sobą. Posiadającego jedyną ucieczkę w pracy, która także powoli wymyka mu się z rąk.

James Demo nie zdecydował się na sprezentowanie prostej laurki. Pokazał za to wielowymiarowy i skomplikowany obraz bohatera. Złożonego z sukcesu i porażki zarazem. Dzięki temu powstał  przejmujący film. Chwilami trudny do przełknięcia, ale prawdziwy. Portret rozjemcy, który uświadmia, że negocjacje z innymi, nie umywają się do tych z samym sobą.