wtorek, 28 listopada 2017

Serce miłości, reż. Łukasz Ronduda

Wszyscy jesteśmy narcyzami


Co by nie pisać, Łukasz Ronduda nie daje za wygraną. Po dość sceptycznie przyjętym „Performerze” (współreżyseria: Maciej Sobieszczański, 2015), opowiadającym historię Oskara Dawickiego, w swoim drugim filmie bierze na warsztat artystę z tego samego ekstrawaganckiego poletka. Wojciech Bąkowski (pseudonim artystyczny WuEsBe) to znany nie tylko w kraju nad Wisłą człowiek-orkiestra: twórca filmów animowanych, poeta, muzyk, wreszcie autor sztuk wizualnych i audioperformensów. Wraz z debiutującą pisarką Zuzanną Bartoszek (Justyna Wasilewska), od lat tworzy tandem artystyczno-miłosny, w którym każdy żyje własnym życiem, poszukując inspiracji w codzienności i wykorzystując ją równolegle do tworzenia własnej, alternatywnej rzeczywistości.



„Serca miłości” (2017) nie należy jednak traktować jako konwencjonalnej biografii. Ronduda na szczęście nie powtarza nietrafionego połączenia zastosowanego w debiucie: filmu galeryjnego, dokumentu i fabuły. Sztuka została przefiltrowana przez kino, spontaniczny performance mieszał się z grą aktorską. Tam Dewicki grał siebie, tutaj porte-parole Bąkowskiego jest aktor Jacek Poniedziałek.


Fascynującym jest podglądanie w „Sercu miłości” tej specyficznej relacji zbudowanej na konflikcie interesów, w której każdy gest, wypowiedziane słowo, nawet sen drugiej osoby może stać się fundamentem pod stworzenie „sytuacji artystycznej”. Dużo młodsza Zuzanna, zafascynowana twórczością Wojtka, jako początkująca artystka nie może mieć takiej siły przebicia jak jej partner. Ich związek to ciągła walka o dominację, twórczą niezależność i możliwość kreowania własnego wizerunku. Punktem wyjścia filmu jest moment, kiedy Bartoszek próbuje wyzwolić się spod skrzydeł kochanka. Ronduda kontynuuje podpatrywanie świata twórców alternatywnych, gdzie pobieżnie rozumiany proces twórczy ma tu bardzo przyziemny wydźwięk. Bohaterowie wchłaniają otaczającą ich rzeczywistość i czynią z niej własną wypowiedź artystyczną. W efekcie „Serce miłości” to bardziej rodzaj uniwersalnego filmowego eseju o narcystycznym życiu artystów naszego pokolenia. W duchu couchingowych motywacji, musisz egoistycznie martwić się o samodoskonalenie, inwestować w siebie. Jak śpiewał Markowski – „wśród tandety lśniąc jak diament”. Czyż nie jest to smutna dewiza dzisiejszego pomysłu na życie?


W behawioralnej obserwacji bohaterów ogarniętych obsesją na punkcie własnej osoby Ronduda przypomina Matuszyńskiego, którego również nie do końca biograficzna „Ostatnia rodzina” (2016), opowiadała o prawdziwym artyście wykorzystującym otoczenie za pomocą kamery wideo do własnych wizji. Nic dziwi więc fakt, że Bąkowski i Bartoszek napisali dialogi do scenariusza Roberta Bolesto, który jako nieliczny w naszym kraju może obecnie nazywać siebie scenarzystą-autorem („Hardkor disco” [2014], „Córki dancingu” [2015], „Ostatnia rodzina”). Bliźniaczo podobna do siebie para, bez włosów, w tych samych uniseksowych ubraniach, przypomina o konflikcie płci podjętym choćby w „Ex Machinie” (2015) – z podobnie zarysowaną rywalizacją pomiędzy stworzycielem (Wojtek), a stworzeniem (Zuzanna). Jednocześnie reżyser nie zapomina, że są to osoby z krwi i kości; jedzące razem śniadanie, biorące kąpiel, robiące zakupy w galerii handlowej.


Myli się więc ten, który myśli, że sztuka stworzona zostaje dla lub pod widza. Ronduda jako nie tylko reżyser filmowy, ale także autor publikacji naukowych i wykładowca akademicki, inteligentnie przypomina nam o zapomnianym nieco truizmie, że najważniejsza jest „sztuka dla sztuki”. Dlatego „Serce miłości” to jeden z bardziej interesujących tytułów w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, który w obliczu ciągłego definiowania i przeobrażania się sztuki nowoczesnej, czyni jej hermetyczność przystępnym tematem dla każdego widza. Jak jego bohaterowie, Ronduda wychodzi ze swoim performancem do ludzi. Taki gest to także wielka sztuka.

Piotr Szczyszyk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz