W dobie nowych mediów X muza, postawiona przed koniecznością zmierzenia się z Internetem, przeszła znaczne przeobrażenia. Równie ważna, jak film, stała się jego marketingowa „otoczka”. Współczesny badacz kina musi więc zerwać z wizerunkiem pogrążonego w mroku sali kinowej krytyka, skupionego jedynie na samym dziele, i w swoich analizach uwzględnić także machinę promocyjną oraz strategie reklamowe producentów. A nic nie promuje filmu lepiej niż ciekawy video clip znanej gwiazdy rocka. Oto 5 rockowych teledysków, promujących ekranizacje komiksów ze „stajni” Marvela.
Iron Man 2 – „Shoot To Thrill”, AC/DC
Na pierwszym miejscu hard-rockowe uderzenie z Antypodów i ekscentryczny milioner w żelaznym kombinezonie. Niezwykle udane wykorzystanie premiery filmu, jako pretekstu do wydania albumu „The Best Of”. Klip stanowi połączenie fragmentów koncertu AC/DC, zarejestrowanego w Buenos Aires pod koniec 2009 roku i, rzecz jasna, co ciekawszych momentów z filmu. Opatrzone filmową okładką wydawnictwo (i jednocześnie soundtrack) dotarło do 4 miejsca listy „Billboardu 200”, rozchodząc się w liczbie 76 tys. egz. w ciągu pierwszego tygodnia.
Avengers – „Live to Rise” Soundgarden
Chyba najlepiej rozwinięta machina promocyjna w zestawieniu – mimo, że od światowej premiery minęły już dwa miesiące, telewizyjne stacje muzyczne ciągle jeszcze emitują utwór kilka razy dziennie. Na szczególne podkreślenie zasługują jednak dwie inne rzeczy: po pierwsze, Cris Cornell i spółka nie mogli wymarzyć sobie lepszego „come-backu”, po drugie, grunge i superbohaterowie są wiecznie żywi.
Spider-Man – „Hero”, Chad Kroeger feat. Josey Scott
Rockowa ballada promująca pierwszą cześć przygód człowieka pająka, przyjęta równie ciepło, co sam film. Jak się później okazało, zarówno z kolejnymi częściami trylogii, jak i klipami promocyjnymi, było znacznie gorzej. „Hero” to więc nie tylko udany dodatek do pierwszej odsłony „Spider-Mana”, ale i początek producenckiej działalności frontmena Nickleback.
Fantastic Four – „Come On, Come In”, Velvet Revolver
Doskonały przykład na to, że jakość utworu autorstwa rockowego giganta niekoniecznie musi iść w parze z poziomem artystycznym filmu, którego promocję ma stanowić. Niestety nawet charyzma Scotta Weilanda i gitarowa wirtuozeria Slasha nie zdołały ocalić „Fantastycznej Czwórki” od fali krytyki. Osłodą jest energetyczny klip, który niewątpliwie powinien znaleźć się w niniejszym zestawieniu.
Spider-Man 2 – „Chroń to, co masz”, Ptaky
Polska odpowiedź na utwór „Hero” i zdecydowanie nietuzinkowe wśród polskich artystów przedsięwzięcie. Oto rodzima kapela, dodajmy, spoza „pierwszej ligi” muzycznego środowiska, prezentuje oficjalny klip do hollywoodzkiej superprodukcji. Mimo iż warstwa muzyczna i tekstowa pozostawia wiele do życzenia, wykonanie klipu – jego rozmach wizualny i technika wykorzystana przy produkcji – przyciąga uwagę swoim „zagranicznym stylem”, dalekim od polskich standardów.
Kilka lat temu na antenie nieistniejącej już rozgłośni Józef 96,5 FM (obecnie Plus Warszawa) zadebiutowała autorska audycja poświęcona muzyce filmowej - "Filmowe Ścieżki", którą miałem wielką przyjemność prowadzić. Nasza radiowa przygoda, do której wraz ze współautorem programu - Adamem Rostkowskim zapraszaliśmy słuchaczy trwała przez ponad 4 sezony. Dzięki naszym przyjaciołom - producentom i montażystom (Pawłowi Szałowskiemu i Pawłowi Kęsce) nieokrzesane głosy i balansujący na granicy dobrego smaku humor prowadzących zyskiwał szlachetnego (na ile materiał na to pozwalał) radiowego tonu. To jednak nie komentarze autorów były w "Filmowych Ścieżkach" najważniejsze lecz muzyka. Poszukiwana, wyławiana, zdobywana... i w końcu prezentowana na antenie.
Pod wpływem próśb naszych przyjaciół - wiernych słuchaczy (Grażyna Trąbicka) przygotowaliśmy pierwszą kompilację zawierającą najlepsze (naszym zdaniem) utwory muzyki filmowej, która w tamtym momencie była w naszym zasięgu. Kilka miesięcy później powstała druga i kolejne. W sumie siedem. Oto wybór pięciu najciekawszych utworów, które znalazły się w premierowym zestawie "The Best of Filmowe Ścieżki". Kolejne playlisty zaczerpnięte z następnych filmowościeżkowych kompilacji już niebawem.
Świat, a w szczególności Europa, żyje ostatnio różnego rodzaju spotkaniami. Można na przykład spotkać się na murawie z przeciwnikiem lepszym od siebie oraz z okrutną prawdą, że niemal każdy zawodnik jest silniejszy od nas. Jednak, dla wielu to sprawa zbyt bolesna aby nią zacząć sezon wakacyjny. Na ratunek przychodzi kino, które tematem spotkań również zajmuje się dość pieczołowicie. Prowadzą one zazwyczaj do zrodzenia się emocji i uczuć. Te z kolei stają się dla wielu scenariuszy olejem napędowym albo paliwem odrzutowym. Nie dlatego, że dają kopa – choć pewnie i to się zdarza – częściej jednak, za ich sprawą, zaczyna nas po prostu odrzucać od ekranu. Zachowując pogodny nastrój i nadzieję (to nie tyczy się sportu), załóżmy, że istnieje szansa aby znaleźć perełkę godną uwagi. Jeśli nawet to się nie powiedzie, możemy uciec się do ostateczności. Spróbujmy odnaleźć w stogu audiowizualnego siana igłę – kłującą zmysły ścieżkę muzyczną, którą warto podążyć, nawet jeśli w scenariuszu coś nie zagrało.
Vincent i Mia. On idzie do łazienki poskromić swoje rządze, ona poskramia kolejną ścieżkę koki. Ich poczynaniom towarzyszy cover utworu Neila Diamonda w wykonaniu Urge Overkill. Ona tańczy, a on ze sobą walczy w rytm „Girl, you’ll be a woman soon”. Jednak do żadnej metamorfozy grzecznej dziewczynki w kobietę nie dochodzi.Punktem kulminacyjnym spotkania jest narkotykowa zapaść Mii. Vincent dobrze wie, że toczy bój nie tylko o jej życie, ale także o swoje. Rychło by je stracił z rąk męża Mii, a zarazem swojego szefa. W tej części filmu wszystko kończy się dobrze, chociaż wcześniej jest kilka newralgicznych momentów, w których Vincent powinien zanucić „Girl, you’ll be a corpse soon”…
Pulp Fiction, 1994, reż. Quentin Tarantino - „Girl, you’ll be a woman soon” Urge Overkill
Każdy kto to powie, że słoń nadepnął Tarantino na ucho z pewnością kłamie jak z nut. Dowodem niech będzie fakt, że po Pulp Fiction przyszła pora na Death Proof. Podczas oglądania filmu seans hipnotyczny serwuje The Coasters wykonując „Down in Mexico”. Pewnie duża część męskiej publiczności skupia się bardziej na równoległym seansie Vanessy Ferlito. Jej bohaterka tańcząc przed Stuntmanem Mikem wypina to i owo tu i ówdzie. Faktycznie – w myśl piosenki – robi na ekranie niezły Meksyk, który prawdopodobnie na długo pozostaje w pamięci przedstawicieli płci brzydkiej. Zaryzykuję narażenie się zagorzałym orędownikom tarantinowskiego kina, ale dużo częściej wracam do warstwy dźwiękowej tej sceny, niż do obrazu. Zamiast japonek i trzęsących się szortów widzę pianino i czerwoną bandamę.
Death Proof, 2007, reż. Quentin Tarantino – „Down in Mexico” The Coasters
Pora na spotkanie trójki bohaterów z „Wyśnionych miłości” Dolana. Jest ono nieco mniej taneczne od poprzedniego, co nie znaczy, że muzycznie gorsze. Charyzmatyczny wokal Karin Andersson towarzyszy bohaterom podczas niespodziewanej konfrontacji w tajemniczym lesie. Roi się tam od żółtych liści, przez które przebijają się złociste promienie słońca. Klimat iście baśniowy. Kiedy wzbogacimy to o efekty dźwiękowe, czyli słyszaną w tle frazę „Keep the streets empty for me”, robi się nawet odrobinę surrealistycznie. Jednak nie na pustych ulicach w lesie należy się skupić, ale na scenie jaka się tam rozegra. Drogie panie, wyobraźcie sobie, że w ramach rywalizacji tarzacie się w liściach ze swoim najlepszym przyjacielem, bo poróżniła i połączyła was miłość do jednego mężczyzny. Bajka się skończyła. Jednak dzięki muzyce magiczny klimat nie znika … i niech trwa, bo to bardzo przyjemne dla uszu.
Wyśnione miłości, 2010, reż. Xavier Dolan – „Keep the streets empty for me” Fever Ray
Nieszczęśliwa nastolatka spotyka wampira, a resztę historii chyba wszyscy już znamy. Co ciekawe, w tle „Zmierzchu” pobrzmiewa całkiem niezła lista utworów. Wśród nich znajduje się także „Eyes on fire” w wykonaniu Blue Foundation. Spokojny rytm i ściszony głos mają świadczyć o bólu, nienawiści i chęci zranienia osoby, którą najprawdopodobniej swego czasu spotykało się bardzo często. Utwór mógłby stać się oficjalnym hymnem zagorzałych przeciwników wampirzej sagi. Ci, pewnie z chęcią poszliby na premierę z krucyfiksami i kołkami, po to, żeby zrobić porządek nie tylko z wampirami. Któż inny jak nie pokaźna grupa krytyków filmowych rozkoszowałaby się cierpieniem Edwarda (R.Pattinson)? Któż inny jak nie internauci rozkoszowaliby się bólem Belli (K.Stewart) próbującej za wszelką cenę zmienić wyraz twarzy? Wojna trwa, szkoda tylko, że gdzieś między hukiem strzałów krytyki i salwami armatnimi zginęła godna przesłuchania muzyka.
Zmierzch, 2008, reż. Catherine Hardwicke – „Eyes on fire” Blue Foundation
Haniebnym zagraniem autorki byłoby umieszczenie w zestawieniu utworów pochodzących wyłącznie z zagranicznych filmów. Ku pokrzepieniu patriotycznych serc - tak się nie stanie. Jednak polszczyzny też nie będzie. Zamiast tego pojawi się Wanda Warska i jej niezapomniana wokaliza jazzowa z „Pociągu”. Śpiewaczka zaczyna finezyjnie dryfować po pięciolinii otwierając tym samym pierwszą scenę filmu. Obserwując tłum przemieszczający się po peronie i przypadkowe, kilkusekundowe spotkania nieznanych sobie ludzi, można przez chwilę odnieść wrażenie, że życie przebiega tak płynnie i gładko jak wkomponowany w scenę utwór muzyczny. Szybko jednak przekonujemy się, że wszystko jest nieco bardziej skomplikowane, a człowiek pomimo obecności innych ludzi może czuć się niezwykle samotny. Choć zabrzmi to jak banał, spotkanie z głosem Wandy Warskiej oznacza spotkanie sam na sam ze sobą, nie tylko w przypadku bohaterów „Pociągu”…
Pociąg, 1959, reż. Jerzy Kawalerowicz – wokaliza jazzowa, Wanda Warska,
Jak widać różne są filmy z którymi się człowiek w życiu spotyka, różne w nich mogą być spotkania, ale dzięki temu można spotkać na swojej drodze ciekawą muzykę. To może koniec już na dziś tych spotkań?
Dobry soundtrack to taki, który „mieszka” w naszym odtwarzaczu przez lata i nigdy się nie nudzi. Nie od dziś wiadomo, że świetna muzyka może uratować kiepski film i odwrotnie. Poniższy ranking, to subiektywny wybór ścieżek dźwiękowych, które warto przesłuchać w całości. Bywa, że utwór promujący film jest jedyną wartościową pozycją na płycie. W tym przypadku skupienie się tylko na jednym, byłoby olbrzymią stratą.
1. „TOP GUN”, reż. Tony Scott (1986) Absolutny faworyt i „szczyt szczytów”. Soundtrack do „Top Gun” jest po dziś dzień jednym z najlepiej sprzedających się tytułów wszechczasów. Dynamiczny, zadziorny – stanowi kwintesencję wszystkiego, co w muzyce lat osiemdziesiątych najlepsze. Przy dźwiękach „Mighty Wings” faceci czuli się niczym Tom Cruise, pędzący w skórze na motorze, kobiety odpływały słysząc „Take My Breath Away”. W skrócie - jazda obowiązkowa!
2. „Moulin Rouge!”, reż. Baz Luhrmann (2001) Każdy z nas ma swojego pewniaka w kategorii „wyciskacz łez”. Soundtrack z „Moulin Rouge!” darzę miłością bezwarunkową, bo choć Ewan McGregor i Nicole Kidman, to nie etetowi śpiewacy, wkładają w wykonywanie piosenek tyle serca, że nie sposób utrzymać emocje w ryzach. Miejscami to śpiew niedoskonały, ale muzyka porusza, wstrząsa i obchodzi się z uczuciami bezceremonialnie. Zostawia ślad i pokazuje, na czym polega jej moc.
3. „Matrix”, reż. Andy Wachowski, Lana Wachowski (1999) Czy są jeszcze tacy, którzy nie mieli styczności z muzyką tego filmu? Kiedy słuchamy poszczególnych piosenek w pamięci powracają sceny, które nierozerwalnie będą już z nimi związane. Pojawienie się „Matrixa” otworzyło w historii kina nowy rozdział, krążek swego czasu również wzbijał się na wyżyny popularności. Jego brzmienie z pewnością przypadnie do gustu nie tylko fanom mocniejszego grania, chociaż stanowi ono jego główną siłę.
4. „8 kobiet”, reż. François Ozon (2002) Nastrojowość, zmysłowość i tajemnica stały się głównymi atutami filmu, który z powodzeniem można określić, jako hołd złożony kobiecości. Każdy z utworów dopasowany został do charakteru aktorki, która go wykonuje. To wyjątkowa pozycja na liście, ponieważ soundtrack do muzycznego kryminału Ozona praktycznie przeszedł bez echa. Nie każdy lubi francuskie piosenki, ale zdecydowanie warto się przełamać i dać się ukołysać słowom, które w zimne dni są niczym ciepły koc.
Bez ironicznego uśmiechu na ustach, to podobno jedna z nielicznych komedii romantycznych, którą dadzą radę obejrzeć mężczyźni. Nie będziemy tu jednak oceniać wartości samego filmu, a skupimy się na longplay`ach do obydwu części, które przypomniały najpopularniejsze hity muzyki rozrywkowej. Obojętnie czy jesteście zwolennikami niezdarnej Bridget, to takich przebojów jak np. „It`s Raining Man” lub „Respect” w wykonaniu Arethy Franklin po prostu nie wypada nie znać.
Kołysanka.
Utwór muzyczny, którego kojące dźwięki usypiają. Spokojny,
melancholijny. Czy aby na pewno? Oto pięć filmowych kołysanek, które
sprawią, że być może nie zmrużysz dzisiaj oka. Czy to ze strachu,
czy też z podziwu dla ich piękna.
5. „Król lew 2”
Któż
nie zna kultowego filmu Disney’a „Król lew”? Opowieść, która już od
osiemnastu lat wzrusza zarówno dorosłych, jak i dzieci, doczekała się
swojej kontynuacji. „Król lew 2” to dalszy ciąg historii Simby i jego
rodziny na Lwiej Skale, ale także wątku zwaśnionych rodzin i rywalizacji
o przywództwo w stadzie. Rządna władzy Zira, chce podstępnie
zdetronizować Simbę. Pomóc w tym ma jej syn Kovu. Usypia go więc
diaboliczną kołysanką - chce wpłynąć na podświadomość malucha i
niezauważalnie sterować najczulszymi strunami duszy lwiątka. To dziwne,
że Kovu tak spokojnie śpi. Gdyby wiedział jak podstępny plan szykuje
jego matka, zapewne nawet nie zmrużyłby oka. Utwór jest bardziej
kołysanką dla Ziry, której najskrytsze sny dotyczą panowania na Lwej
Skale.
4. „Dziecko Rosemary”
Soundtrack
do całego obrazu skomponował polski twórca muzyki filmowej Krzysztof
Komeda. Niezwykle poetycką i nastrojową muzyką uświetnił „dzieci”
Polańskiego: oprócz wspomnianego „Dziecka Rosemary” również „Nóż w
wodzie”. Kołysanka usypia zdrowy rozsądek głównej bohaterki – Rosemary.
Kobieta powoli popada w obłęd, już nie wie co jest senna marą, a co
rzeczywistością. Niestety potwory nie śpią...
3. „Avatar”
Źli,
zachłanni i ekspansywni ludzie próbowali zniszczyć Pandorę – niezwykła
planetę zamieszkaną przez lud Na’vi. Po wygranej, ale opłakanej w
skutkach bitwie stoczonej z mieszkańcami Ziemi, Na’vi próbują odzyskać
utraconą harmonię. Ich piosenka jest kołysanką dla zniszczonej Pandory,
lecz także dla sprawcy ich nieszczęścia i wybawiciela w jednej osobie –
Jacka Sully. Dla mężczyzny utwór staje się początkiem jego wyśnionego
życia na Pandorze razem z ukochaną, a pożegnaniem z koszmarem
pozostawionym na planecie Ziemia.
2. „Zmierzch”
Edward
Cullen, jeden z głównych bohaterów słynnej sagi "Zmierzch", miał niemal
całą wieczność, by rozwijać swoje talenty. Zatem nic dziwnego, że tak
doskonale wykonuje utwór Debussy’ego „Claire de lune”. Swoją grą uwodzi
niepoprawną romantyczkę i wybrankę serca Bellę Swan. Żeby zaimponować
jej jeszcze bardziej i popisać się niebywałym kunsztem artystycznym,
Edward specjalnie dla ukochanej komponuje kołysankę. Czyżby chciał uśpić
jej czujność i podstępnie przeciągnąć na „wampirzą stronę mocy”?
1. „Labirynt Fauna”
Mała
Ofelia żyje pod jednym dachem z ojczymem – kapitanem wojsk generała
Franco. Właśnie trwa hiszpańska wojna domowa. Dziewczynka ucieka w świat
fantazji i snu, aby ukryć się przed okrucieństwem otaczającej ją
rzeczywistości. Na jawie spotyka niezwykłego Fauna. Do magicznego świata
Labiryntu dziewczynkę wprowadza „Kołysanka Mercedes”, stworzona przez
Javiera Navarettego. Oby Ofelii - księżniczce Moanie - nie dane było się
zbudzić ze swojego pięknego snu. Wtedy, chociażby na jawie, miałaby
szansę pokonać całe zło świata.
Najlepsze utwory do słuchania w pracy za biurkiem.
Jeśli latem słońce zastępuje ci lampka na biurku, powiew wiatru znad morza – klimatyzator, a widok gór za oknem – pulpit Windowsa, to ta lista jest dla ciebie. Oto kilka utworów, przy których klawiatura komputera zamieni się w klawisze fortepianu i nie zauważysz nawet kiedy zaczniesz stukać w nią do rytmu muzyki.
5. „Briony” z filmu „Pokuta” - Darrio Marianelli:
W swoje Oscarowe dzieło włoski kompozytor wplótł odgłosy maszyny do pisania, które wspomagają rytmikę partii fortepianowych. Wprawdzie współczesne biura nie wyobrażają sobie funkcjonowania bez klawisza „backspace”, ale ta nieco staromodna, klasyczna w brzmieniu muzyka pozwoli choć na chwilę poczuć się prawdziwym pisarzem nawet przy wypełnianiu najnudniejszej papierkowej roboty.
4. „Au Dessous Du Volcan” z filmu „Tabarly” - Yann Tiersen:
„Tabarly” to francuski film dokumentujący karierę tragicznie zmarłego, wybitnego żeglarza Erica Tabarly'ego. W związku z tym pozycja ta, to może bardziej pokusa niż pomoc w pracy, bo przy tej muzyce wyobraźnia naprawdę potrafi wypłynąć na szerokie wody. Posłuchajcie nawoływania morskich syren i przekonajcie się sami.
3. „The Kraken” z filmu „Piraci z Karaibów: Skrzynia Umarlaka” - Hans Zimmer:
Wielu jest zapewne szefów, którzy zasługują sobie na nazwanie ich imieniem tytułowego Krakena - antycznego morskiego potwora. Jeśli i twój do nich należy – ten kawałek to dobry sposób na wyładowanie emocji po którym nie grozi zwolnienie z pracy, a co najwyżej konieczność zakupienia nowej klawiatury.
2. „Summer” z filmu „Kikujiro” - Joe Hisaishi:
Jak sama nazwa wskazuje, ten utwór wpuści przez głośniki odrobinę lata nawet w najbardziej ponury dzień. Nie znajduje się tutaj nawet jedna nuta nie niosąca ze sobą ogromu pozytywnej energii i radości z życia. Przy tej muzyce piątek w pracy jest codziennie!
1. „An Eye For Optical Theory” z filmu „Człowiek na linie” - Michael Nyman.
Utwór, który wprawdzie nie powstał specjalnie do filmu, ale został w nim z sukcesem wykorzystany. Po mistrzowsku skonstruowany na zasadzie zapętlających się krótkich linii melodycznych, pozwala wkręcić się w chociażby najdrobniejszą biurokratyczną dłubaninę i nadać jej większy sens. Sam bowiem sklejony jest z drobnych muzycznych elementów, z których każdy wnosi coś ważnego do całości. Gdyby pozbawić go chociaż jednego z nich, efekt byłby znacznie gorszy. Z taką podporą ideologiczną nie pozostaje nic innego niż włączyć zapętlanie się odtwarzania i rozkoszować się tym jak szybko przy tej muzyce mija czas pracy.
Wystarczy kilka akordów i zaczynasz czuć się nieswojo. Nuty, które mrożą krew w żyłach i uruchamiają dreszcze biegające po plecach i uciekające nogawkami. Ścieżki dźwiękowe, które nie potrzebują filmu, by napędzić słuchającym niezłego stracha. Złapcie więc poduszki, przysuńcie się bliżej do osoby siedzącej po waszej lewej stronie i przygotujcie się na listę najbardziej przerażających muzycznych motywów filmowych wszechczasów.
5) „Szczęki” (John Williams, 1975)
Już po pierwszych dźwiękach odwracasz się w poszukiwaniu trójkątnej płetwy za plecami, nawet jeśli znajdujesz się w centrum handlowym, a jedyne środowisko wodne w pobliżu to butelka mineralnej. Dzieło Spielberga nie byłoby tak kultowe, gdyby nie motyw muzyczny rozpoznawalny na świecie bardziej niż żarłacz biały. Mieszkańcy Egiptu wciąż zastanawiają się, jak to możliwe, że jacykolwiek turyści po 1975 roku padali ofiarą rekinów ludojadów – jak można nie usłyszeć muzyki, gdy podpływają? „Dun-dun-dun-dun…”
Film nie jest może horrorem w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale ścieżka dźwiękowa Clinta Mansella zapewnia atmosferę niepokoju, jakby główne role grali tu Freddy Krueger i Laleczka Chucky w tandemie. Można ten film lubić lub nie, ale słysząc motyw przewodni, trudno uwolnić się od obrazu posiniaczonych od igieł rąk Jareda Leto. Albo narkotycznej wizji, w której telewizor i lodówka zaczynają żyć własnym życiem. Podobno Anders Breivik uznał tę piosenkę za jedną z inspiracji do masakry na wyspie Utoya.
3) „Jeździec bez głowy“ (Danny Elfman, 1999)
Trudno stwierdzić, czy to Burton kręci filmy idealnie pod muzykę Elfmana, czy to Elfman tak bezbłędnie wpasowuje się w burtonowski klimat. Dość, że panowie czytają swoich myślach, a my możemy bez końca delektować się efektami tej współpracy. „Jeździec bez głowy” to Burton-Elfman w najlepszej formie, z mrocznymi cieniami w jeszcze bardziej mrocznych lasach, przy akompaniamencie upiornego dziecięcego chóru wyśpiewującego partie motywu przewodniego. Gęsia skórka gwarantowana.
Krążą słuchy, że dzieci, które leżąc w kołysce raz usłyszały motyw przewodni kultowego serialu Davida Lyncha, jako dorośli odczuwają niczym niewytłumaczalną fobię przed sowami. Julee Cruise na dobry początek z psychodelicznym „Falling”. Jakby ktoś był jeszcze głodny wrażeń, nie rozczaruje go „Laura Palmer’s Theme”. A na deser hipnotyczny „Audrey’s Dance”, wszystko pod opieką szefa kuchni, maestro Angelo Badalamenti. Na uspokojenie nerwów pomóc może tylko placek z wiśniami.
1) „Titanic” (Celine Dion – My Heart Will Go on, 1997)
Miejsce pierwsze wśród najbardziej przerażających kinowych piosenek otrzymuje jednoosobowa orkiestra na najbardziej kasowym wśród filmowych statków. Nawet nie dlatego, że smutna i straszna to historia, w której tylu ludzi ginie. Jeśli bowiem z pieśnią cioci Celiny kojarzy się jakiś dźwięk, to nie jest to złowrogi trzask góry lodowej o burtę, ale tupot męskich stóp uciekających w popłochu przed perspektywą bycia przymuszonym przez swoje drugie połówki do ponad trzygodzinnego podziwiania boskiego Leo. Który na koniec i tak pogrąża się w wodnych odmętach (chociaż bez problemu zmieściłby się na tych dryfujących drzwiach, obok Kate Winslet).
Terrorysta Czajkowski. Filmowa playlista nie do końca poważna.
Filmowcy zwykle boją się sięgać po muzykę klasyczną (jak może przystawać do współczesnego kina „zmurszały” dwustuletni utwór?), a jeśli to robią, każą jej pozostać nieinwazyjną melodią tła. Muzyka stworzona przez mistrzów, w kinie także jest domeną mistrzów. To oni potrafią wykrzesać z niej wartości uniwersalne, nie tylko wpleść ją w obraz, ale wejść z nią w dialog. Oto top5 klasycznych utworów, które w połączeniu z kinem nabrały zupełnie nowego blasku.
5. Tristan i Izolda – Ryszard Wagner (Melancholia, reż. Lars von Trier, 2011)
Lars Von Trier - uwielbiany i znienawidzony. Mistrz i enfant terrible. Twórca i zdrajca Dogmy. O jego wielkim powrocie (i manifeście wyjścia z depresji) „Melancholii” napisano i powiedziano już chyba wszystko. Ba, ta filmowa lektura stała się niemalże obowiązkowa - wspominanie o niej i zachwycanie się w kulturalnym towarzystwie od dawna jest zdecydowanie passé. Jednym z wielu elementów w opowieści o dwóch siostrach i nadchodzącym końcu świata, które wzbudzały skrajne emocje, była muzyka. Napuszona i patetyczna? A może tajemnicza i monumentalna? Von Trier zdecydował się na śmiały krok - ilustracją swojego filmu uczynił romantyczny dramat muzyczny "Tristan i Izolda" Ryszarda Wagnera. Jego dźwięki rozbrzmiewają podczas malarskiego, symbolicznego prologu-uwertury filmu, a także w trakcie gigantycznego zderzenia planet, wywołując szereg interpretacyjnych skojarzeń z historią romantycznych kochanków.
4. Dziewiąta symfonia – Ludwig van Beethoven (Mechaniczna pomarańcza, reż. Stanley Kubrick, 1971)
Alex (psychotyczna kreacja Malcolma McDowella) to nastoletni chuligan w zdegenerowanym świecie przyszłości. W wolnych chwilach, między przesiadywaniem z kumplami w Barze Korova, a bezkarnym praktykowaniem "ultra przemocy" na ulicach miasta, uwielbia słuchać "Dziewiątej Ludwiga Vana”. Kubrick w swoim najbardziej kontrowersyjnym filmie, na jego prośbę przez lata wycofanym z dystrybucji, zestawia muzykę klasyków - Beethovena, Rossiniego z oskarżaną o estetyzowanie przemocą. Gdy Alex zostanie poddany eksperymentalnej metodzie resocjalizacji, jednym ze skutków ubocznych będzie nienawiść do dzieł uwielbianego kompozytora, która szybko doprowadzi do samobójczej próby bohatera. Dźwięki dynamicznej "Dziewiątej", obraz chmurnej twarzy kompozytora połączone z chorą wyobraźnią Alexa dały jeden z najbardziej obrazoburczych filmów w historii kina.
3. Walkiria – Ryszard Wagner (Czas Apokalipsy, reż. Francis Ford Coppola, 1979) Kolejny Wagner w zestawieniu. "Żółtki srają od tego ze strachu" - mówi Pułkownik Kilgore, przekrzykując jazgot bojowych śmigłowców, ostrzeliwujących wietnamskich partyzantów. Z potężnych głośników zamontowanych w helikopterze leci "Walkiria" Ryszarda Wagnera, druga część dramatu muzycznego "Pierścień Nibelungów". Francis Ford Coppola w kilku minutach zawarł groteskę wojny wietnamskiej i przepaść niezrozumienia między walczącymi w niej stronami. Wielka muzyka została ograniczona do poziomu propagandowej sieczki, wyniosłą boginię Walkirię zaprzęgnięto do brudnej wojennej machiny. To nie starcie sił w równej walce, a rzeź, będąca wyrazem gwałtu jednej cywilizacji nad drugą.
2. Rok 1812 – Piotr Czajkowski (V jak Vendetta, reż. Andy Wachowski, Lana Wachowski, 2005)
- Muzyką była uwertura "Rok 1812" Czajkowskiego - Dodać do czarnej listy. Nie chcę tego więcej słyszeć - rozkazuje kanclerz-dyktator Wielkiej Brytanii Adam Sutler (świetna rola Johna Hurta) w ekranizacji komiksu "V jak Vendetta" wyreżyserowanej przez rodzeństwo Wachowskich. V - wielbiciel sztuki, mówiący w szekspirowską manierą, zamaskowany obrońca demokracji (według władzy terrorysta i anarchista) burzy spokojną egzystencję dyktatury wysadzając piątego listopada budynek Sądu Najwyższego. V dokonuje dzieła zniszczenia przy akompaniamencie żywej muzyki Piotra Czajkowskiego płynącej z sabotowanych systemowych szczekaczek. Wkrótce zapowiada, że następnym razem, dokładnie za rok, wysadzi budynek parlamentu. "V jak Vendetta" doczekało się statusu filmu kultowego - jego symbol, stylizowana maska Guya Fawkesa, którą nosi V trwale zapisała się w popkulturze - pojawiła się w viralach grupy hackerskiej Anonymous, podczas wieców Oburzonych czy protestów przeciwko ACTA. Choć to ekranizacja komiksu, Wachowskim udało się uciec od uproszczeń, a także uwspółcześnić wymowę oryginału (komiks powstały w latach 80. czerpał z rzeczywistości Wielkiej Brytanii pod rządami Margaret Thatcher). To antyutopia, którą śmiało można postawić obok takich dzieł jak "1984" czy "Brasil". Eksplodujący w rytmie pędzącej uwertury Czajkowskiego parlament jest zdecydowanie jednym z najbardziej "malowniczych" kinowych obrazów.
1. Nad pięknym modrym Dunajem – Johann Strauss (2001: Odyseja kosmiczna, reż. Stanley Kubrick, 1968) Kilkunastominutowy walc wiedeński w dwóch częściach towarzyszy nam w czasie lotu dr. Heywooda Floyda na stację orbitalną, a później w jego podróży na Księżyc. Kosmiczne sekwencje nie tylko pozwalają nam poznać i wczuć się w drobiazgowo przemyślany świat przyszłości, ale także zrozumieć dlaczego mimo upływu 11 lat od tytułowego roku 2001 wizja Kubricka zupełnie się nie zestarzała. Oglądamy przyszłość na miarę lat 60. w której program Apollo nie został porzucony i ludzkość nie wycofała się z pięknej, choć drogiej przygody zdobywania kosmosu. To jeden z wielu, z pewnością gdzieś istniejących, alternatywnych światów - spełnienie marzeń człowieka początków "ery kosmicznej", które wówczas wydawały się na wyciągnięcie ręki. To (pozornie) idealny świat bez wojen, chorób, którego synonimem staje się "Nad pięknym modrym Dunajem" - melodia elegancji, szyku i harmonii. Dwie zupełnie różne rzeczywistości - XIX wiecznego walca i podróży kosmicznych - spleciono w jedną. Ociężale unoszące się w próżni statki zdają się tańczyć, obracająca się stacja orbitalna i zbliżający się do niej wahadłowiec przypominają wirującą w tańcu parę. Strauss i Kubrick razem czarują na wielkim ekranie.