Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złota Piątka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złota Piątka. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 sierpnia 2012

Złota Piątka (odc.9)


„My fellow Americans…”, czyli najciekawsze Przemówienia Prezydenta Niektórzy kinomani są jak Amelia – lubią proste przyjemności. A najprostszą z nich są filmy katastroficzne. To jak oglądanie Bonda: wiadomo, co się stanie, kto przeżyje i kto zginie. Widziałeś jeden – widziałeś wszystkie. Kino katastroficzne ma jednak jedną przewagę – posiada Scenę Przemówienia Amerykańskiego Prezydenta(w skrócie SPAP). Jest jak scena pocałunku w deszczu w komedii romantycznej – podobno można nakręcić film bez niej, ale nikt jeszcze nie spróbował. Jeśli życiu pewne są tylko śmierć i podatki, to w kinie hollywoodzkim mamy pewność, że w chwili zagrożenia usłyszymy krzepiące orędzie aktualnego lokatora Białego Domu. Czy leci w nas kometa, czy zalewają fale, wiemy jedno - prezydent przemówi by wzruszyć i dodać otuchy. Paradoksalnie, mimo iż stanowi synonim filmowej sztampy, SPAP często jest w wielkobudżetowych produkcjach jedynym momentem, podczas którego wstrzymujemy oddech. Nie, kiedy kosmici wysadzają Empire State Building, a Japończycy Pearl Harbor, ale właśnie wtedy, gdy jeden człowiek zasiada przed mikrofonem, a cały świat wstrzymuje oddech. To też najbardziej kliniczny sprawdzian warsztatu i umiejętności reżysera: albo przejdą Cię ciarki, albo nie. Albo sięgniesz po chusteczkę, albo zerkniesz na zegarek. Zapraszam więc na subiektywne zestawienie najciekawszych SPAP z ostatnich lat. Armageddon, reż. M. Bay, w roli prezydenta Stan Anderson
Cytat: “Dreams of an entire planet are focused tonight… on those 14 brave souls… traveling into the heavens”

Mój osobisty faworyt i wzorzec z Sevres dla wszystkich innych SPAP. Czemu? Wspaniale napisana przemowa – Barack Obama mógłby się uczyć. Ale Bay nie skupia się na prezydencie – to nie o niego tu chodzi. W ciągu 3 minut przy akompaniamencie jego słów (i patetycznej muzyki Trevora Rabina) uwypukla w kilkudziesięciu wypieszczonych kadrach wszystkie dramaty bohaterów (żegnająca Afflecka Liv Tyler, zestresowany Thornton). Mnoży miejsca i pocztówkowo piękne ujęcia, ale zachowuje rytm i wspaniale buduje napięcie, aż do kulminacyjnego: „It’s not a salesman, it’s your daddy”. Wzruszające. Dzień Niepodległości, reż R. Emmerich, w roli prezydenta Bill Pullman
Cytat: (…) the 4th of July will no longer be known as an American holiday, but as the day when the world declared in one voice, 'We will not go quietly into the night! We will not vanish without a fight! We're going to live on, we're going to survive (…)


W najbardziej epickim z epickich filmów, opus magnum kina hollywodzkiego lat 90. Emmerich przedstawia całkowicie odmienne podejście do SPAP. Przede wszystkim skupia się na przemawiającym, co wychodzi na dobre – to najlepsza aktorsko mowa ze wszystkich zaprezentowanych. Pullman przekonująco wciela się w rolę „prezydenta – wojownika”. Ludzkość jest zdziesiątkowana, ale to nie spicz z gatunku „miej nas Boże w opiece”. Raczej „do ataku, na pohybel!”. Wszystko na tyle sugestywne, że sam chętnie wsiadłbym do F-16, by dziesiątkować kosmitów. Mroczna tonacja i nastrojowa muzyka dodają scenie charakteru. Dzień Zagłady, reż. M. Leder, w roli prezydenta Bóg Morgan Freeman Cytat: “So now...let us begin.”

Jeśli miałbym się dowiedzieć, że świat skończy się za tydzień, chciałbym to usłyszeć od Morgana Freemana. Do podobnego wniosku doszła Mimi Leder, kręcąc w 1998 „Dzień Zagłady”. Doceniając jego aktorskie walory przewidziała w scenariuszu aż dwa przemówienia – pierwsze, gdzie z godnym podziwu spokojem informuje obywateli o nadciągającym końcu świata i drugą, w której na tle odbudowywanego Kapitolu ogłasza początek odbudowy kraju. Za samego Freemana należy się punkt. Drugi za ciekawy pomysł inscenizacji. Cała przemowa nakręcona w długim i eleganckim master shoot’cie, w kulminacyjnym momencie skontrowanym planem ogólnym. Solidna robota. Pearl Harbor, reż. M. Bay, w roli prezydenta Jon Voight Cytat: “Yesterday, December 7, 1941 - a date which will live in infamy (…)”

SPAP, która zapisała się nie tylko w historii kina, ale po prostu w historii. W amerykańskich podręcznikach pod rozdziałem „Infamy Speech” – Amerykanie przystępują do II Wojny Światowej. Jak poradził sobie Michael Bay z tak wielką odpowiedzialnością? Średnio. Powtarza stare, sprawdzone chwyty z „Armagedonu” przeplatając przemówienie Roosvelta przebitkami ze zbombardowanego przez Japończyków Pearl Harbor. Niby to samo, ale nie tak samo. Jak powiedziałby Włodzimierz Szanarowicz „poprawnie, acz bez błysku”. 2012, R. Emmerich, w roli prezydenta Danny Glover Cytat: Brak

Na niechlubnym, ostatnim miejscu „2012”, czyli znów Emmerichowi zachciało się końca świata. Film średni i wbrew pozorom nie dlatego, że przez 2 godziny obserwujemy jak odhaczane są kolejne obowiązkowe przystanki w scenariuszu filmu katastroficznego. Przeciwnie, to właśnie jeden z tych gatunków, gdy igranie z żelaznymi regułami konwencji często kończy się tragicznie. I tak Emmerich postanowił, że w jego SPAP-ie prezydent będzie inny niż wszyscy. Smutny, przygnębiony, pogodzony z losem. To nie mogło się udać – takich rzeczy miłośnicy filmów katastroficznych (ze mną na czele) nie chcą oglądać. Glover jako jedyny wygłasza przemówienie na siedząco – poważne faux pax. Jakby tego było mało, używa słów, których amerykański prezydent nie ma prawa używać: „this is the last time I speak to you”, „we are stepping into the darkness”, a przede wszystkim „we cannot”. Co to ma być? Jak to „we cannot”? Yes we can!

Tomek Cirmirakis

piątek, 27 lipca 2012

Złota Piątka (odc.8)


Filmowe tytany intelektu

Któż z nas nie chciał być geniuszem? Zazwyczaj pozostajemy jedynie przy pragnieniu i – jak stwierdził Durrell – w porę zaczynamy się z siebie śmiać. Istnieją jednak jednostki, które nie mają do siebie żadnego dystansu. Stają się geniuszami.

5. L i Kira („Notatnik śmierci” 2006-2007)

„Notatnik śmierci” opowiada o ponadprzeciętnie inteligentnym siedemnastolatku, znanym jako Kira, który znajduje tajemniczy dziennik o ogromnej mocy:  osoby noszące wpisane doń nazwiska w krótkim czasie giną. Chłopak wykorzystuje go dla wątpliwie rozumianego dobra – by karać złych, których do tej pory ukarać się nie udało. Po fali nieuzasadnionych zgonów (jak wiemy, powodowanych przez Kirę) policja wybiera godnego mu przeciwnika, L – legendarnego detektywa potrafiącego rozwiązać każdą sprawę, nawet tę, z którymi poradzić nie mogli sobie inni niesamowici śledczy – Eraldo Coil i Deneuve. Okazuje się jednak, że w rankingu detektywów to L zajmuje całe podium, przyjmując różne nazwiska, by jego prawdziwa tożsamość nie została ujawniona. Widzowie tego serialu anime poznają jednak adwersarza Kiry. Ku zaskoczeniu, jest to młody chłopak z charakterystycznymi dla geniuszy (ukłon w stronę Holmesa?) przypadłościami i dziwactwami. Nie o dziwactwa tu jednak chodzi, a o konfrontację. Zbrodzień i L to czytający sobie nawzajem w myślach, rozumiejący się bez słów, nieustannie kalkulujący przeciwnicy, których pojedynek sprowadza się do chwytów stosowanych dawno już przez Szatana u Makuszyńskiego: gdy nie wiesz, co uczyni przeciwnik, spodziewaj się najmniej spodziewanego. Kwestia czy wróg odkryje, że liczysz na najmniej prawdopodobne rozwiązanie jest esencją tego serialu i w tym jednocześnie tkwi niespotykana błyskotliwość obu geniuszy. Gdy dwaj bogowie logiki i wzajemnej infiltracji trafiają na siebie, muszą posypać się iskry. Pozostaje pytanie, kto przetrwa wybuch tej intelektualnej energii.


4. Will Hunting („Buntownik z wyboru” 1997)

Will to pozornie zwykły chłopak lubiący pograć w baseball, napić się z kumplami, obejrzeć z nimi mecz, posłuchać sprośnych dowcipów – słowem robić wszystko to, co robi każdy zwykły chłopak w jego wieku. Ponad dwudziestoletni Will nie jest jednak przeciętny. Już nawet nie chodzi o to, że nie ma stałej pracy, nie studiuje i ma problemy z prawem, gdyż lubi obijać innym mordy, swojej przy tym nie oszczędzając. Idzie o to, że powinien o tę głowę dbać, ponieważ tkwi w niej ogromny potencjał. Osiągi intelektualne Willa przypominają te występujące u sawantów. Tempo przewracania stron książek równa się w przypadku Willa szybkości ich czytania. Mając fotograficzną pamięć potrafi zacytować całe ustępy lektur w dowolnym momencie. Jego dysk nigdy nie wymięka. W wolnym czasie rozwiązuje problemy pisane na tablicy w hallu wydziału matematyki uniwersytetu harvardzkiego pozostawione przez najtęższe profesorskie głowy. Więcej, rozwiązuje zadania, których sami profesorowie rozwiązać nie potrafią. Gdy chce zabrać dziewczynę na randkę (a raczej na cukierki), w mgnieniu oka pisze na serwetkach odpowiedzi do zadań, z którymi właśnie się męczyła – niczym starzy wyjadacze lwowskiej szkoły matematycznej. Chodzi do psychologów – nie dlatego, że chce, lecz jest to warunkiem pozostania na wolności po wcześniejszych wykroczeniach. Zmienia ich jednak szybko, gdyż zamiast oni jemu, on im wystawia diagnozy. Geniusz, o styczności z którym marzy każdy student w trakcie sesji.


3. Sherlock Holmes („Sherlock” 2010-?)

Postać dość przetrawiona przez kulturę po raz kolejny olśniewa inteligencją, tym razem amatorów małego ekranu. W brytyjskim serialu detektyw-konsultant (stale udowadniający, że nie jest amatorem) to XXI – wieczny indywidualista, który nadal pachnie XIX – wieczną bohemą. Tropi dla przyciężko działającej policji nie dla zysku (wykorzystuje konsekwencje tego faktu z pełną premedytacją), lecz dla sztuki. Poślubia swoją pracę i wynosi ją na wyżyny doskonałości. Zimna uroda Benedicta Cumberatcha dodaje naszej ikonie popkultury uroku: dzisiejszy widz uwielbia charaktery cyniczne, nawet wredne, o dość odmiennym kodeksie moralnym. Serialowy Holmes nie wstrzykuje sobie morfiny – używa plastrów nikotynowych (trzech, bo ułatwiają myślenie). Podobnie jak u Ritchiego, biega po wąskich londyńskich uliczkach (pamięta je wszystkie, a gdyby przypadkiem fotograficzna pamięć zawiodła, sięga niczym Bond Daniela Craiga po telefon i wszelkie konieczne informacje ma na dłoni). Gdy nikt nikogo nie zabija, zamienia książkowe okresy depresji na nudę (strzela wtedy po ścianach, bo kapryśny jest potwornie). Czasem sięga po skrzypce, by wydobyć dźwięki o tyle nowoczesne, co atonalne. Okazjonalnie chlasta trupy, nie tyle z powodu kadawerystycznych upodobań, co oryginalnych metod pracy w laboratorium. Metoda Holmesa nazywana chlubnie dedukcją, de facto indukcyjna, zaskakująco często się sprawdza... Na pohybel niedowiarkom! Zabawa polega na tym, by wierzyć w niewiarygodne. Nadczłowieczy detektyw musi być prawdziwy. Co z tego, że to szalony socjopata – ważne, że wielofunkcyjny. Parafrazując (chyba) Arystotelesa: ile szaleństwa, tyle geniuszu. A nowy Sherlock ma fioła jak się patrzy.


2. Tony Stark („Iron Man” 2008, „Iron Man 2” 2010,  „Avengers” 2012)

Playboy, miliarder, przemysłowiec, matematyk, wynalazca, najsympatyczniejszy cham, jakiego widziało kino, alter ego Sherlocka Holmesa (z wersji Guya Ritchiego) oraz, jak utrzymuje prasa, Roberta Downey Juniora – aktora, piosenkarza, wykonawcy obu wspomnianych ról. Błyskotliwość, pomysłowość, genialność po prostu – to trzy imiona Starka. Tfu, jest jeszcze czwarte: wielkie ego – i właśnie to najtrafniej charakteryzuje jego naturę. Wielkie ego nie rodzi się z przypadku. Wielkie ego musi mieć solidne podstawy, mocną macicę, by prawdziwie zaistnieć. Macicą tą (oj, jakie to żenujące!) jest nietuzinkowy umysł Tony'ego. Ostatnio ratował Ziemię przed spaczonym moralnie bogiem z alternatywnej rzeczywistości – Loki się nazywał; w ramach sparingu walczył na równi z jego nieokiełznanym, równie boskim bratem, Thorem. Tony Stark – obrońca świata, mistrz ciętej riposty, podrywacz pięknych kobiet i miłośnik szybkich samochodów. Ostatnio spadający z nieba w ramiona dzikiego Hulka, codziennie czarujący, zawsze trudny do namierzenia, jeszcze trudniejszy do pokonania: zarówno w wojnie o losy świata, jak w banalnej bitwie na argumenty.


  1. Hannibal Lecter („Milczenie owiec” 1991)
Fachowiec z zakresu historii sztuki i anatomii, a do tego znakomity rysownik obdarzony fotograficzną pamięcią (na podstawie własnych wspomnień potrafi za szczegółami odwzorować na kartce papieru katedrę we Florencji) i węchem, którego nie powstydziłby się Jean-Baptiste Grenouille z „Pachnidła” (przy pierwszym spotkaniu powie ci, jakich perfum użyłeś dzisiaj, a jakich używania ostatnio zaprzestałeś). O tym amatorze ludzkiego mięsa nie trzeba wiedzieć, iż w teście IQ osiąga wynik 200-punktowy (jak było w powieści Thomasa Harrisa) – to się natychmiast podskórnie odczuwa. „Wszechwiedzące” spojrzenie Anthony Hopkinsa skierowane w kamerę z precyzją iście rentgenowską prześwietla już nie tylko rozmówców Lectera, ale i nas samych; mimo że czwarta ściana nie zostaje zburzona, arcyinteligentny kanibal wkrada się do naszych dusz, by i te z radością skonsumować – wcześniej jednak poznać je lepiej niż my sami potrafimy i odkryć nasze największe słabości. Ten konsument absolutny: ciał ludzkich, dusz oraz sztuki (jest to bowiem wielce wrażliwy i potrafiący docenić dorobek kultury osobnik) sam jednakowoż nie odsłania się ani na jotę: skutecznie oszukuje wariografy i w jakiś magiczny sposób uodpornia się na wszelkiego rodzaju serum prawdy. Sam pozostaje wielką tajemnicą, wiedząc o nas wszystko. W dodatku nigdy nie widzimy go śpiącego, jak gdyby czekał w gotowości aż sami opadniemy z sił – by przy wtórze Wariacji Goldbergowskich ze spokojem zabrać się spożywania wybornego chianti w zestawie z fasolką i wątróbką. Naszą wątróbką.


Gabryś Krawczyk

poniedziałek, 16 lipca 2012

Złota Piątka (odc.7)


Say Cheese!,
czyli pokaż zęby i zapozuj do subiektywnego zestawienia najciekawszych filmowych uśmiechów.




5. Dziurawy uśmiech – gwiazdy z diastemą & Stu („Kac Vegas”)

Diastema to rozkoszna przerwa między siekaczami, która uwiodła świat mody, muzyki i kina. Oczarowuje nią Vanessa Paradis, Anna Paquin, Eddie Murphy, czy nasz rodzimy Tomasz Karolak. Gwiazdą dziurawego uśmiechu numer jeden pozostaje jednak Stu, dentysta, który diastemy akurat nie posiada - nie ma za to również górnej dwójki, której sam pozbawił się w imprezowym ferworze w Las Vegas. I za to właśnie takiego go kochamy.



4. Uśmiech na wagę złota – Szczęki („Szpieg, który mnie kochał”/”Moonraker”), Bullion („Świat to za mało”) & Darla („Gdzie jest Nemo?”)

Darla o stalowym uśmiechu budziła postrach w pewnym australijskim gabinecie dentystycznym, Bullion zdradziecko szczerzył szlachetne kły przed Pierce'em Brosnanem. Najbardziej widowiskowy uśmiech na wagę złota, a właściwie kobaltu, bo to z niego wykonane zostało jego słynne uzębienie, należy jednak niezaprzeczalnie do Szczęk (zwanego inaczej również Buźką). Pozostała dwójka bowiem, o ile mi wiadomo, nie posiadała w swoim repertuarze umiejętności przegryzania lin i tętnic. Co ciekawe, bohater grany przez Richarda Kiela (jak można wyczytać w powieści napisanej na podstawie filmu przez Christophera Wooda) naprawdę nazywał się Zbigniew Krycsiwiki i był... koszykarzem z Krakowa, którego szczęka została zmiażdżona w wyniku pobicia przez lokalną tajną policję. Lśniący uśmiech zafundowany Zbyszkowi przez Carla Stromberga, innego słynnego przeciwnika 007, od razu nabiera więc swojskiego charakteru.




3. Julia Roberts

Najcenniejszy (i to dosłownie – podobno ubezpieczony na 30 milionów dolarów) uśmiech Hollywood, rozciągający się od ucha do ucha – lub jak kto woli, od ósemki do ósemki – słynnej Pretty Woman. Mona Liza współczesnego kina, której wachlarz uśmiechów sam prawdopodobnie zapełniłby kilka podobnych rankingów.



2. Uśmiech szaleńca – Joker („Batman”) & Joker („Mroczny rycerz”)

Why so seriuos? Najsłynniejszy antagonista Batmana, rzezimieszek z Gotham City o zniekształconej, wykrzywionej w sardonicznym uśmiechu twarzy. Dodatkowo jeden z największych kinowych drani w dwóch nieporównywalnie mistrzowskich wykonaniach aktorskich. O tym, jak przerażający potrafi być łajdacki uśmiech Jacka Nicholsona nie trzeba przekonywać nikogo, kto pamięta legendarną scenę z „Lśnienia”, w której ten rozbrajająco obwieszcza: „Here's Johnny!”. A Heath Ledger? Cóż... wciąż chcecie wiedzieć skąd właściwie on ma te blizny?


1. Uśmiech zębiczny – Hrabia Dracula („Dracula”) & Rekin („Szczęki”)

Obaj są dzicy. Obaj są źli. Obaj mają bardzo ostre kły i nie zawahają się ich użyć. Na co dzień uśmiechają się raczej rzadko – za co więc panowie otrzymują pierwsze miejsce w poniższym rankingu? Za bycie żywą (cóż, w przypadku Bruce'a, czyli mechanicznego modelu, który zagrał słynnego rekina, może nieco plastikową) realizacją maksymy, że jak człowiek (i ryba) głodny to zły. Nic więc dziwnego, że najpiękniej szczerzą swe i tak już imponujące uzębienie właśnie  na widok zbliżającego się smakowitego posiłku. Aż ślinka cieknie. 






















Natalia Maliszewska





poniedziałek, 9 lipca 2012

Złota Piątka (odc.6)


Dobre wino nie jest złe

Istnieje niezliczona liczba rodzajów i gatunków win. Każde z nich odznacza się oryginalną nutą smakowo-zapachową. Intensywnie oddziałują one na nasze zmysły, podobnie jak przedstawione poniżej filmy, które uwodzą malowniczymi pejzażami skąpanych w słońcu winnic. Dzięki nim możemy nie tylko poznać tradycje związane z produkcją tego szlachetnego trunku, ale również odkryć tajniki sztuki degustacji. Nie obędzie się oczywiście bez pięknych kobiet, śpiewu i zabawy. Aby lepiej wczuć się w atmosferę filmowych wydarzeń, warto zaopatrzyć się w kieliszek białego Chardonnay, o aromacie lekko łagodzącym krytyczny osąd.

  1. Spacer w chmurach, reż. Alfonso Arau (1995)

„Zostaniesz z nami na czas winobrania. To niezwykła, magiczna chwila. To najważniejszy dzień w roku, który zadecyduje o naszej przyszłości.”


Czasy tuż po II wojnie światowej. Przenosimy się do kalifornijskiej winnicy prowadzonej przez rodzinę o meksykańskich korzeniach. W czarującej posiadłości zwanej Las Nubes (Chmury) rządzi wielopokoleniowa tradycja i strzegący jej despotyczny Alberto Aragón. Kiedy jego córka Victoria przyjeżdża do domu w towarzystwie męża, o którego istnieniu nikt wcześniej nie słyszał, a który na domiar złego jest Amerykaninem, rodzinny spokój zostaje zburzony. Bliscy starają się rozszyfrować tajemnicę zaskakującego małżeństwa, a jednocześnie lepiej poznać wybranka Victorii. Wprowadzają Paula w tajniki niezwykłych rytuałów, które od wieków towarzyszą wytwarzaniu winnego afrodyzjaku.

  1. Dobry rok, reż. Ridley Scott (2006)

„Robienie wina sprawia mi przyjemność, bo ten wysublimowany nektar nie jest w stanie okłamać mnie swym smakiem. Nie ma znaczenia, czy winogrona zebrano za wcześnie czy za późno. Wino będzie szeptać do twoich ust z niepohamowaną szczerością za każdym razem, gdy weźmiesz łyka.”


Zderzenie wielkomiejskiego życia w Londynie z urzekającą spokojem i przepięknymi krajobrazami Prowansją. Max, odnoszący ogromne sukcesy finansowe specjalista ds. obrotu aukcjami, dziedziczy dom i winnicę po wuju, u którego w czasach dzieciństwa spędzał wakacje. Wyjeżdża na południe Francji z zamiarem oszacowania wartości majątku. Nic nie toczy się jednak według wcześniej przyjętego planu. Aromatyczne wino ożywia wspomnienia i pozwala zapomnieć o codziennych stresach, natomiast miejscowa piękność rozbudza w Maxie uczucia, które skłaniają go do przewartościowania swoich poglądów na życie. Film jest ekranizacją powieści Petera Mayle’a.

  1. Bezdroża, reż. Alexander Payne (2004)

„Oglądasz wino pod światło, oceniasz kolor i klarowność. Cienkie, ciężkie, wodniste, oleiste...Teraz przechyl kieliszek. Oceniasz nasycenie barwy w cieńszej warstwie. Patrzysz, jak stare jest wino. Zwłaszcza czerwone. Teraz wtykasz nos. Odrobina cytrusów. Troszkę truskawek. Owoc męczennicy. Szczypta szparagów... i nutka sera edamskiego z orzechami.”


Śledzimy tydzień z życia dwóch przyjaciół, którzy wyruszają w podróż po Kalifornii. Jack liczy na dobrą zabawę i odrobinę szaleństwa, gdyż lada moment ma pożegnać się ze stanem kawalerskim. Miles, depresyjny rozwodnik, starający się o wydanie swojej pierwszej powieści, proponuje mu natomiast zwiedzanie najlepszych winnic w okolicy oraz… grę w golfa. Jako wielki znawca i amator win, stara się zafascynować swojego towarzysza sztuką degustacji tego trunku. Aby żaden z nich nie poczuł się urażony, mężczyźni muszą pójść na kompromis, czego wcale nie ułatwia im poznanie dwóch fascynujących kobiet. Film na podstawie powieści Rexa Picketta.


  1. Wino na medal, reż. Randall Miller (2008)

„Musisz to mieć we krwi. Musisz dorastać razem z tą ziemią pod paznokciami i czuć zapach winogron w powietrzu, którym oddychasz. Uprawianie winorośli jest formą sztuki.”


Film nawiązuje do prawdziwych wydarzeń z 1976 roku. W małej winnicy Jima Barretta w Napa Valley zjawia się Steven Spurrier, właściciel paryskiej Académie du Vin. Proponuje mu, aby jego chardonnay zostało poddane degustacji w ciemno podczas prestiżowego francuskiego konkursu. Barrett, który całe swoje życie poświecił marzeniu o wyhodowaniu perfekcyjnej odmiany białej winorośli, niechętnie odnosi się do snobistycznego przybysza z Europy. Jednak jego syn Bo, zwykle bardziej niż pracą zainteresowany dziewczynami i rozmaitymi używkami, nie pozwala ojcu na zmarnowanie takiej szansy i namawia go do wzięcia udziału w rywalizacji. Niespodziewany sukces kalifornijskiego Chateau Montelena, zmienia nie tylko układ sił na światowym rynku win, lecz także przyczynia się do naprawy rodzinnych relacji.



  1. Młode wino, reż. Tomáš Bařina (2008)

„Kiedy chodziłem do mojej staruszki albo do innych dziewczyn, zawsze brałem wino. Zabierałem trzy butelki. Jedną dla niej, aby się rozluźniła, a kolejne dwie dla mnie, aby nabrać odwagi.”


Tytułowe młode wino ma aromat czeskiej prowincji i smak spełniających się marzeń. Honza, młody chłopak ścigany przez praską policję za rozmaite oszustwa finansowe, wraz z przyjacielem wyjeżdża na Morawy. Odwiedza dziadka, który jest właścicielem jednej z okolicznych winnic. Zobowiązuje się do pilnowania rodzinnego interesu, podczas gdy starszy pan udaje się na wycieczkę do Argentyny – miejsca, które koniecznie pragnął zobaczyć przed śmiercią. Za sprawą miejscowej dziewczyny Honza poznaje uroki życia na wsi, gdzie wszystko toczy się leniwym trybem, a wino pije się nie na kieliszki, a na butelki. Dla spragnionych czeskiego poczucia humoru kontynuacja historii o wdzięcznym tytule 2 młode wina.


Agnieszka Cieślak

sobota, 30 czerwca 2012

Złota Piątka - ranking krytyków z pierwszego piętra (odc. 5)

Kinowi palacze


Papieros bywa atrybutem twardziela. Robi z ciebie nonkonformistę i buntownika, który próbuje uciec od szarej rzeczywistości w równie szary obłok dymu. Przy okazji twoja skóra przesiąka zapachem, którego nie powstydziłby się stały, nocny bywalec ławek na Dworcu Centralnym, a twoje płuca zaczynają przypominać spleśniałe znaleziska ze studenckich lodówek. Jednak w kinie nie czujemy zapachu postaci, nie mamy też rentgena w oczach. Z tego powodu palenie często staje się nie tym, co bohaterów zabija, ale czymś, co ich wzmacnia. Oto kilka postaci, które bez papierosa nie byłyby sobą.

  1. Nagi instynkt (1992, Paul Verhoeven)
Odważna, bezpardonowa i wyzwolona femme fatale –właśnie taka jest główna bohaterka „Nagiego instynktu”. Wykreowana przez Sharone Stone postać Catherine Tramell wstrząsnęła masową wyobraźnią. Scena przesłuchania, w której wyemancypowana blondynka pokazuje wszystkie swoje wdzięki, nie traci popularności, chociaż minęło prawie dwadzieścia lat od premiery filmu. Warto zwrócić uwagę na sposób w jaki Catherine wprowadza dym nikotynowy do płuc. Przez chwilę widz może odnieść wrażenie, że atrybutami niezależnej, pewnej siebie kobiety są papierosy i szpikulec do rozłupywania lodu. Niemniej jednak, nie polecam brania przykładu z głównej bohaterki…


  1. Las Vegas Parano (1998, Terry Gilliam)
Obraz wyreżyserowany przez Terry’ego Gilliama wzbudza sporo kontrowersji. Dla jednych jest surrealistycznym snem, traktowanym nie do końca na serio, dla innych na zawsze pozostanie okrutnym, ciężkim do zniesienia koszmarem, w którym brak jakiejkolwiek logiki. Jednak opinie obu stron nie różnią się znacząco, kiedy mowa o Johnnym Deppie i wykreowanej przez niego postaci. Raoul Duke, w piaskowym kapeluszu i wielkich żółtych brylach na nosie, wpatrujący się w ciebie to widok przerażający.  Do tego należy dodać fajkę w ustach, impulsywne ruchy i mix substancji odurzających krążących w żyłach. Straszne, ale także wiarygodne, dzięki Deppowi właśnie. Miało być o papierosach, ale jakie one mają znaczenie w porównaniu do ilości innych uzależniających substancji, które Duke zażywa?...


  1. Buntownik bez powodu (1955, Nicholas Ray)
Jimmy się buntuje i przy okazji urasta do rangi legendy popkultury. Amerykańska młodzież lat 50. i 60. jest pod wrażeniem wizerunku nonkonformisty w dopasowanych jeansach, czerwonej kurtce i z papierosem w dłoni. Jim, a właściwie James Dean, staje się symbolem, dzięki któremu krocie zarabia rynek gadżetów. Co z młodzieżą? Mniej lub bardziej świadomie wykorzystuje ona element wizerunku Deana jakim są papierosy, dla dodania autentyczności swojemu buntowi. Może w dobie kryzysu i przy tendencji do dbania o swoje zdrowie i wygląd, warto byłoby zamienić nikotynę na czerwone kurtki?


  1. Śniadanie u Tiffany’ego (1961, Blake Edwards)
Szczupła, eteryczna brunetka, która zawsze wygląda tak jakby przed chwilą obrabowała butik znanego projektanta. Człowiek zaczyna zastanawiać się gdzie schowała przenośnego stylistę, fryzjera i makijażystkę. To oczywiście Audrey Hepburn jako Holly Golightly. Aktorka przez lata pozostaje wzorem dla wielu kobiet i pokazuje czym jest prawdziwa elegancja. Wizerunkowi osoby, która dobrze wyglądałaby w worku po kartoflach, nie zaszkodzi ani papieros, ani cygaretka.


  1. Tramwaj zwany pożądaniem (1951, Elia Kazan)
Stanley Kowalski to postać, której humor i nastrój zmieniają się jak w kalejdoskopie. Raz jest miły i uczynny, po to by za chwilę wybuchnąć gniewem. Zmiany dotyczą nie tylko charakteru, można również zaobserwować je po stronie wizualnej. Biały, dopasowany podkoszulek i ciało Marlona Brando, do którego do dzisiaj wzdycha pewnie niejedna kobieta kontra częsty widok Stanleya pijącego alkohol, palącego papierosy i grającego w karty z kolegami.


Katarzyna Niedźwiecka

wtorek, 26 czerwca 2012

Złota Piątka - ranking krytyków z pierwszego piętra (odc.4)

Filmowe dzieje dzieł sztuki, czyli obrazy nie tylko ruchome


Nawet początkujący filmoznawca dostrzeże we współczesnym kinie ogromny wpływ postmodernizmu. W ogromnym skrócie można powiedzieć, że przejawia się on w łączeniu pozornie nie pasujących do siebie konwencji, stosowaniu cytatów z innych dzieł oraz operowaniu parodią i pastiszem. Najciekawszy wydaje się jednak „romans” filmu z innymi dziedzinami sztuki, np. malarstwem. Czasem bowiem reżyserzy, w bardzo pomysłowy sposób, „przemycają” pod warstwą fabularną nawiązania do znanych dzieł plastycznych. Oto 5 filmowych transpozycji znanych prac malarskich.

  1. Watchmen Strażnicy (2009) i „Ostatnia Wieczerza”


„Ostatnia Wieczerza” Leonarda da Vinci to zdecydowanie jedno z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych dzieł sztuki w dorobku ludzkiej cywilizacji. Nowego wymiaru nabrała przy okazji publikacji głośnej powieści Dana Browna. Od tamtej pory motyw Ostatniej Wieczerzy wykorzystywany był przez wielu twórców, zarówno w ujęciach tradycyjnych, jak i obrazoburczych. Do obrazu nawiązał także Zack Synder w swoich Strażnikach. Te wielowątkowe dzieło aż pęka w szwach od pojawiających się w nim aluzji, a umieszczenie w miejscu Jezusa ciężarnej kobiety znowu przywodzi na myśl Kod Leonarda da Vinci.


  1. Incepcja (2010) i „Niekończące się schody”
Ostatnia dekada była dla Christophera Nolana czasem swoistej nobilitacji, a on sam zaczął jawić się szerszej publiczności jako reżyser inteligentny, aspirujący do tworzenia kina rozrywkowego o wysokoartystycznych walorach. Swoją erudycją popisał się także w Incepcji. W ramach skomplikowanej fabuły reżyser ukrył wiele interesujących tropów. Jednym z nich z niech jest twórczość holenderskiego malarza i grafika M. C. Eschera.


  1. Czerwony Smok (2002) oraz Williama Blake’a



Zdecydowanie najbardziej czytelne wykorzystanie dzieła malarskiego spośród wymienionych tutaj tytułów. Obraz Blake’a, „Wielki czerwony smok i niewiasta obleczona w słońce”, zdobi bowiem plecy seryjnego mordercy, ochrzczonego przez organy ścigania mianem „Zębowej Wróżki”. Mimo iż filmowi Bretta Ratnera daleko do „Milczenia owiec”, połączenie mistycznych wizji Blake’a i trzymającego w napięciu thrillera stanowi godną uwagi kompilację.


  1. Różowe Lata 70-te (1998-2006) i „Nocne Jastrzębie”

Również seriale oferują współczesnemu odbiorcy możliwości „odnajdywania” ukrytych nawiązań. W ósmym odcinku pierwszej serii „Różowych Lat…” pojawia się właśnie obraz  Edwarda Hoppera – „Night Hawks”. Twórcy serialu najwidoczniej doskonale zdawali sobie sprawę z wielkiego wpływu, jaki wywarła twórczość tego malarza na amerykańską kulturę.

  1. Inwazja: Bitwa o Los Angeles (2011) a prace Zdzisława Beksińskiego



Ostatnie miejsce, choć w niczym nie ustępujące pozostałym, należy do Polaka (który w zaciętym boju pokonał takie osobistości, jak Rene Magritte czy Salvador Dali). Wbrew pozorom, twórczość Zdzisława Beksińskiego, znana jest także poza granicami naszego kraju. Dowodem jest chociażby amerykańska superprodukcja „Battle: Los Angeles”. Jak podaje magazyn „Empire”, postaci kosmitów inspirowane były pracami polskiego artysty. Trudno się z tym nie zgodzić obserwując pojawiające się na ekranie pokraczne stworzenia, do złudzenia przypominające wymysły wyobraźni Beksińskiego. 

Piotr Przytuła

czwartek, 21 czerwca 2012

Złota Piątka - ranking krytyków z pierwszego piętra (odc.3)

Jeżeli strzelać to tylko we dwóch

Parafraza piosenki Kabaretu Starszych Panów nie jest bezzasadna – kino akcji kocha filmowe duety. Proces docierania się zwykle zupełnie różnych i początkowo niechętnych sobie bohaterów może skutecznie napędzać fabułę i być źródłem niezliczonej liczby gagów.  I choć zazwyczaj jest ICH dwóch, strzelać można również we dwoje i we dwie. Oto top 5 filmowych tandemów z którymi lepiej nie zadzierać.

5. Agent J i  Agent K (Faceci w czerni, 1997, 2002, 2012)
Czarnoskóry, niecierpliwy żółtodziób i biały, pozbawiony złudzeń weteran, do tego zgrabny miks miejskich legend o wszechwładnych „facetach w czerni” oraz szczypta kosmicznej technologii i mamy jedną z najbardziej oryginalnych komediowych serii.  Trudno wyobrazić sobie w rolach Agenta J i K kogoś innego niż Will Smith i Tommy Lee Jones, a jednak Joshowi Brolinowi w powracającej po latach nowej odsłonie cyklu udaje się świetnie wcielić w młodego K. Każdy kosmiczny robal powinien się strzec. Obrońcy delikatnej równowagi wszechświata wciąż czuwają z błyszczącymi spluwami.
 

4. Thelma i Louise (reż. Ridley Scott, 1991)
„Thelma i Louise” zaczyna się niepozornie. Niezależna Louise zabiera na samochodową wycieczkę swoją młodszą przyjaciółkę, uzależnioną od zaborczego męża  Thelmę. Wydaje się, że poza wściekłymi telefonami od męża furiata nic im nie grozi. Gdy podczas zabawy w jednym z przydrożnych barów jakiś mężczyzna próbuje zgwałcić Thelmę, Louise zabija go z rewolweru. Od tej pory samochodowa wyprawa zamienia się w ucieczkę. Ridley Scott w dość nietypowym dla siebie filmie nie wybiera łatwej drogi i nie dzieli świata na złych mężczyzn i biedne, zahukane kobiety. Oprócz tytułowych rewelacyjnych ról Greeny Davis i Susan Sarandon mamy również pozytywnych drugoplanowych męskich bohaterów (np. role Harveya Keitela czy Michaela Madsena). Scenariusz Callie Khouri skrzy się od humoru, jednocześnie będąc poważnym tam gdzie być powinien. Dobrze jest  zobaczyć w kinie piękną dla odmiany nie męską, a kobiecą przyjaźń.


3. Bonnie i Clyde (reż. Arthur Penn, 1967)
Bonnie i Clyde, legendarna para rabująca banki z okresu wielkiego kryzysu lat trzydziestych, zostaną zapamiętani na wieki dzięki aktorskim kreacjom pięknej i eleganckiej Faye Dunnaway i przystojnego „prostego chłopaka z prowincji” Warrena Beaty’ego. To wzorcowy przykład kształtowania masowej wyobraźni przez Hollywood. Gdyby nie film Arthura Penna zapewne nikt nie pamiętałby już o parze „dobrych gangsterów”. No właśnie, ale czy do końca dobrych? Wielki ekran wymaga poświęceń (i uproszczeń) – bohaterom wybaczono wiele śmiertelnych grzechów i dopisano im nowe cechy - np. impotencję u Clyde’a, będącą psychologiczną motywacją jego awanturniczego życia. Niewątpliwie siła oddziaływania filmu o parze buntowników wyszła daleko poza kinowe sale. „Bonnie i Clyde” stali się jednym ze zwiastunów nadchodzącej rewolucji obyczajowej  roku 68’. Ta anarchistyczna wolność kochanków odbije się czkawką i wróci wiele lat później w innym, tym razem zabójczo groźnym duecie - „Urodzonych mordercach” Oliviera Stone’a.


2. Butch Cassidy i Sundance Kid (reż. George Roy Hill, 1969)
Robert Redforda i Paula Newmana na zawsze zapamiętamy w stopklatce kończącej „Butcha Cassidy’ego i Sundance Kida” – w biegu, z rewolwerami gotowymi do strzału, naprzeciw hordy wrogów. Nigdy wcześniej i być może nigdy później na ekranie nie spotkały się tak charyzmatyczne osobowości, prawdziwe ikony kina. Podobnie jak w „Bonnie i Clyde” życiorysy postaci napisało samo życie -  tytułowi Butch Cassidy i Sundance Kid zasłynęli napadami na pociągi. Spotkanie Newmana i Redforda nie było ostatnim. Jako duet przebiegłych kasiarzy wystąpili razem w klasycznym „Żądle” z 1971 roku, które można nazwać prekursorem współczesnych heist movies i protoplastą naszego „Va Banku”. 




1. Vincent i Jules (Pulp Fiction, reż. Quentin Tarantino, 1994)
Podczas ciężkiej pracy cyngle niejakiego Marcellusa Wallace’a sprzeczają się ze sobą o wszystko – o rzekomy cud który ich ocalił, o to czy masowanie stóp cudzej kobiety liczy się jako zdrada, a także o to kto ponosi winę za rozbryzgany mózg na tapicerce ich wozu. Milczący Vincent (John Travolta) i recytujący co rusz fragment księgi Ezekiela Jules (Samuel L. Jackson) są bohaterami setek plakatów, internetowych memów, a nawet reklam polskich parówek. No cóż trzeba być prawdziwym twardzielem, żeby nosić portfel z napisem „Bad Motherfucker” i wyglądać groźnie nawet w przyciasnym, spranym t-shircie, ze spluwą włożoną za pasek szortów.


Krystian Buczek