Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WFF 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WFF 2015. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 października 2015

31 WFF: "Czyściciel" (Słowacja, 2015), reż. Peter Bebjak


           Sprzątanie mieszkań nieboszczyków z pewnością nie należy do najprzyjemniejszych zajęć. Na Tomasie, który po wyjściu z więzienia trudni się tym zawodowo nie wydaje się to jednak robić specjalnego wrażenia, jak zresztą żaden aspekt jego monotonnej egzystencji. Milczące spojrzenie, którym obdarowuje wszystkich wokół, od terapeutki przez szefa zakładu pogrzebowego, dla którego pracuje, aż po odsiadującą wyrok matkę, jest głównym atrybutem, na którym zbudowana jest postać głównego bohatera „Czyściciela”.


            Nagły powrót lokatorów do mieszkania, w którym Tomas wykonuje jedno ze zleceń wytrąca chłopaka z życiowego marazmu. Bohater w popłochu ukrywa się przed rodziną zmarłej i przypatruje się przez wiele godzin codziennym czynnościom i wzajemnym interakcjom domowników. Z dziecięcą ciekawością obserwuje nieznajomych, chłonąc w ten sposób zupełnie obcy dla niego mikrokosmos relacji międzyludzkich, których sam nie doświadcza. Podglądanie wchodzi Tomasowi w nawyk, a z każdą wizytą dowiaduje się on więcej o mieszkańcach, odkrywając coraz to boleśniejsze szczegóły z ich życia.



            Wyjściowy koncept, na którym Bebjak opiera swój film nie jest przesadnie oryginalny, przywołując nieuchronne skojarzenia choćby z „Pustym domem” Kim Ki-duka. Nie dookreślając motywacji bohatera, reżyserowi udaje się jednak uczynić go na tyle intrygującym, by przykuć widza do ekranu. Niestety wraz z rozwojem fabuły, scenariusz skręca w stronę sztampowego kina, którego głównym tematem staje się wyidealizowana miłość, której spełnienie uniemożliwia psychiczne uzależnienie ofiary od kata. Twórca jakby zdając sobie sprawę, że jego scenariusz tonie w kliszach przetrawionych już przez całe pokolenia twórców kina społecznego, próbuje ratować się sięgając w finałowej scenie po nagłe montażowe cięcie, mające pozostawić odbiorców w niepewności co do zakończenia historii. Problem w tym, że na tym etapie opowieści chyba mało kogo już ono obchodzi.

wtorek, 20 października 2015

31 WFF: "Lato Sangailė" (Litwa, 2015), reż. Alanté Kavaïté

Świetliki dwa 


Sięgając po film młodzieżowy, spodziewamy się nie tylko nastoletnich bohaterów, wymowy edukacyjnej czy instrukcji ,,jak dorosnąć i nie zwariować”. Oczekujemy również pogodnej historii, która pozwoli nam podglądnąć jak inni, w okresie dojrzewania, poczuli na plecach pierwsze ciarki po pocałunku.

 W najnowszej produkcji Alanté Kavaïté obficie korzysta z ukutego schematu, nie boi się jednak także go przełamać, rozwijając wątek miłosny pomiędzy dwoma dziewczynami. Swoje bohaterki portretuje podczas ostatniego beztroskiego lata, w trakcie którego muszą one zadecydować, jaką drogą będą dalej podążać.

fot. materiały prasowe

Roześmiana Auste, nosząca stroje własnego pomysłu w towarzystwie wpiętej we włosy muszli, marzy o projektowaniu kostiumów. Jej nowa przyjaciółka, Sangailė, jak zahipnotyzowana całymi dniami gapi się na szybujące samoloty, przechowuje rysunki modeli i śni o lataniu. Śni, gdyż nie ma odwagi sama wsiąść na pokład i wzbić się w przestworza. Ponadto brak oparcia ze strony zamożnych rodziców, sieje spustoszenie w jej umyśle.

Litewska reżyserka bezbłędnie zespaja formę z treścią, filmując nastolatkę zauroczoną szybowcami jakby z wnętrza latającej maszyny. Ponadto kamera, naśladująca ruch krążącego w powietrzu samolotu, nieustannie chwieje się na wietrze, nawiązując do mętliku, jaki przepełnia Sangailė. Natomiast pastelowa kolorystyka zdjęć, przypominająca momentami poetykę instagramową, jest ukłonem w stronę nastoletniej części widowni. 

W ostatnich scenach, reżyserka sprowadza nas na ziemię, rezygnując z baśniowej aury. Jak sama przekonuje, zależało jej na tym, by zakończenie filmu wypadło realistycznie. Czy bohaterka przezwycięży swe lęki? Po seansie kciuki aż bolą od zaciskania. 


Marta Kapelan

"Lato Sangailė" (Litwa, 2015), reż. Alanté Kavaïté 

poniedziałek, 19 października 2015

31 WFF: "Koszmar" (Niemcy, 2015) reż. AKIZ

Koszmary i koszmarki

Głośne techno, migotanie obrazu, ostrzeżenia, że filmu nie powinny oglądać osoby z epilepsją. Tak zaczyna się „Koszmar” niemieckiego reżysera AKIZa (Achim Bornhak), którego dwa filmy jeszcze z czasów studenckich były nominowane do Oscara, a „Das Wilde Leben” miało projekcję w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku. I jest to dobry punkt zaczepienia dla „Koszmaru” – pomimo tytułu i „strasznego” stwora, który się pojawia, jest to przede wszystkim film artystyczny o wyjątkowych walorach wizualno-dźwiękowych.

Młoda dziewczyna spędza swój wolny czas ostro imprezując ze znajomymi: jest alkohol, są narkotyki, jest głośna muzyka. Poprzez świetny montaż (AKIZ) wchodzimy w trans razem z bohaterami filmu – wszystko pulsuje, migocze, nie jesteśmy w stanie złapać ostrości obrazu. I nagle coś się wydarza. Nie wiemy do końca co, prawdopodobnie chodzi o wypadek samochodowy. Wszystko się nagle zmienia, a my czujemy, że najgorsze dopiero przed nami. Kiedy emocje dochodzą już do punktu kulminacyjnego przed naszymi oczami ukazuje się...

fot. materiały prasowe

... potworek. Widząc tą postać ciężko użyć na jej określenie innej nazwy niż zdrobnienie. Ma duże, dziecięce oczy, pokraczną sylwetkę i ogólnie jest taki niestraszny. Ledwo co chodzi, nawet duch Kacper roześmiałby się na jego widok. I o to właśnie chodzi – to nie stwór jest straszny, tylko to, co za sobą kryje. „Koszmar” poza sferą artystyczną jest filmem psychologicznym o świetnie zarysowanej symbolice. Co takiego naprawdę za sobą niesie, czego jest ucieleśnieniem?

AKIZ nie daje gotowych odpowiedzi, nie zanudza widza analizą psychologiczną bohaterów, z dużym przymrużeniem oka, groteskowo pokazuje swoją opowieść. Dlatego ciężko jednoznacznie zaklasyfikować ten film: jest zarówno thrillerem psychologicznym, dramatem, komedią, horrorem, jak również filmem muzycznym. I jako połączenie tych wszystkich elementów jest zdecydowanie wart uwagi.

Joanna Adamiak

"Koszmar", reż. AKIZ, Niemcy 2015

31 WFF: "Pokój" (Irlandia, 2015) reż. Lenny Abrahamson

Pokój jest duży i długi, nigdy się nie kończy!

Cześć krzesło numer jeden! Cześć szafa! Cześć łóżko! Cześć kuchenka! Cześć krzesło numer dwa!... Normalnie tak detaliczne poranne powitanie musiałoby trwać trochę czasu, jednak nie tutaj – w domu Jacka i Ma naprawdę nic więcej nie ma. Żyją w szopie bez okien, do której światło wpada jedynie przez świetlik w dachu, a jedzenie przynosi im Stary Nick, który jak się wkrótce okaże jest twórcą ich koszmaru. Jack ma 5 lat i jego mama wreszcie decyduje się powiedzieć mu o tym, że poza Pokojem istnieje jeszcze Świat.

fot. materiały prasowe

Lenny Abrahamson jest twórcą głośnego ostatnio „Franka”. Podobnie jak on, „Pokój” jest filmem niskobudżetowym, przykładem współczesnego kina niezależnego. Mimo to bardzo dobrze się go ogląda: reżyser świetnie buduje napięcie kolejnych scen, sprawiając, że widz nie może oderwać wzroku od filmu, a każdy nagły zwrot akcji powoduje u niego szybsze bicie serca. Autorem zdjęć jest znany z „Nędzników” czy „Jak zostać królem” Danny Cohen.

Nie sami Abrahamson czy Cohen są jednak twórcami sukcesu „Pokoju”. Właściwie nie byłoby filmu, gdyby nie 8-letni Jacob Tremblay w roli Jacka. Chłopiec wychował się w rodzinie aktorskiej, jego siostry Emma (starsza) i Erica (młodsza) również można zobaczyć na dużym ekranie. Karierę rozpoczynał od reklam telewizyjnych. „Pokój” to jego trzeci film, a już krążą spekulacje na temat domniemanej nominacji do Oscara. Czy powinien? Stworzył realistyczny portret dziecka, które z jednej strony przeżywa brak świeczek na torcie urodzinowym, boi się przychodzącego co noc Starego Nicka, lecz z drugiej – elastycznie przystosowuje się do nowych sytuacji.

Film powstał na podstawie powieści Emmy Donoghue z 2010 roku pod tym samym tytułem. Pisarka była również autorką scenariusza. Inspiracją dla historii była głośna w 2008 roku sprawa Austriaka Josefa Fritzla - ojca, który przez 24 lata trzymał swoją córkę w bunkrze dźwiękoszczelnym, regularnie ją gwałcąc. Urodziła mu siedmioro dzieci, a jedno z nich, które zmarło przy porodzie, ojciec spalił w piecu. Donoghue nie starała się oczywiście zobrazować ich losów, jednak sam motyw uwięzienia oraz wychowywania dziecka w zamknięciu był wzorowany na prawdziwej rodzinie.

Można oczywiście dyskutować po obejrzeniu filmu, na ile przedstawiona historia jest możliwa w rzeczywistości. Można kłócić się o prawdziwość z psychologicznego punktu widzenia. Można zarzucać, że film jest zbyt cukierkowy. Jednak nie można mu odmówić uroku i grania na emocjach widza – za co właśnie otrzymał Nagrodę Publiczności podczas 31. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

Joanna Adamiak

"Pokój", reż. Lenny Abrahamson, Irlandia 2015

niedziela, 18 października 2015

31 WFF: "Zbawienie" (Rosja, 2015) reż. Iwan Vyrypajew

Włóczykij w habicie

„Będę się więcej modlić” – obiecuje siostra Anna. Zamiast tego odkłada Pismo Święte na bok, zakłada górskie buty i naciąga żółtą czapkę, by wyruszyć w samotną wędrówkę po tybetańskich szlakach. W otoczeniu majestatycznego krajobrazu duchowa przemiana zakonnicy kłuje w oczy w każdej sekundzie projekcji.

Pierwszym słowem, jaki przychodzi do głowy na określenie najnowszego filmu Iwana Vyrypajewa, jest przymiotnik "prosty". Nieskomplikowana fabuła, którą zawrzeć można w jednym zdaniu, narracja charakterystyczna dla nurtu slow cinema, gdzie każdy gest bohaterki urasta do rangi świętości, dialogi, których sens pływa już po powierzchni. Tym samy twórca zwalnia widza z obowiązku „przepracowania” filmu, a stopniowo wyciszenie przeradza się w monotonię. Rosyjski reżyser ukuł w „Zbawieniu” schemat, którego sztywno przestrzega przez cały czas: panoramy gór przeplata dialogami z nieznajomymi, jakich siostra spotyka na swej drodze ku przemianie. Same rozmowy zaś, czy to z osobliwą turystką ( w tej roli Karolina Gruszka) lub amerykańskim muzykiem rockowym, trącą coelhoszczyzną.

fot. materiały prasowe


Vyrypajew tworząc „Zbawienie” otoczył się stałymi współpracownikami. Oprócz swojej ulubionej aktorki, a prywatnie także żony, Karoliny, na plan zaprosił również Andreya Naydyonova. Niewątpliwie zdjęcia operatora, współpracującego z rosyjskim twórcą przy „Euforii” (2006) czy eksperymentalnym „Tlenie” (2009) są największą zaletą tego poematu o wewnętrznej metamorfozie. Na tle górzystej krainy mniszka często stanowi jedynie znikomy punkt, a monstrualne pasma wzgórz iskrzą się boskim blaskiem.


Na Otwartym Rosyjskim Festiwalu Filmowym w Soczi odgrywająca rolę zakonnicy, Polina Grishna, otrzymała za „Zbawienie” nagrodę dla najlepszej aktorki. Jak więc widać, rosyjskie kino nie ucieka od filmu nie tyle „religijnego”, co „duchowego”, stawia też na debiuty. Miejmy nadzieję, że artystka dołączy do trupy Vyrypajewa, a sam reżyser powróci do swych sprawdzonych pomysłów. 

Marta Kapelan

"Zbawienie" (Rosja, 2015) reż. Iwan Vyrypajew

31. WFF: "Przebaczenie", reż. Petri Kotiwca

Skandynawski szantaż emocjonalny

Petri Kotwica wie, jak wywołać podskórny ból, wprowadzić w drganie wszystkie struny emocji i zasiać moralne wątpliwości. Nie epatuje uczuciami, chowa je pod powierzchnią, dlatego uwolnione uderzają z jeszcze większą siłą. „Przebaczenie” nie zaskakuje fabułą, technicznymi rozwiązaniami czy tonem opowieści, ale mimo wszystko buduje niesamowity nastrój przygnębienia i przegrania.

Dwoje prawych i religijnych ludzi jest na początku swojej wspólnej drogi życiowej. Martin (Eero Aho) jako ksiądz cieszy się zaufaniem i szacunkiem parafian, jego żona Kiia (Laura Birn) wiernie mu towarzyszy na spotkaniach i podczas mszy (jest organistką). Bije od nich ciepło miłości i dobro wypisane na twarzy. Tym trudniej jest nam odnaleźć skazę, znienawidzić ich postawy czy kwestionować zachowania, kiedy podczas jazdy samochodem Kiia powoduje wypadek. Przedwczesne skurcze porodowe sprawiają, że oboje z mężem znikają z miejsca wypadku, zostawiając rannego mężczyznę. Z każdym dniem narasta sieć kłamstw, wątpliwości i poczucia odpowiedzialności. Krystaliczny ksiądz przestaje być wzorem cnót i odwagi, staje się zagubionym i przestraszonym samcem, który walczy o szczęście własnej rodziny.



Po fantastycznym „Turyście” Rubena Ostlunda, w którym sytuacja ekstremalna obnażała ludzkie słabości, pozbawiała ich masek i kompromitowała rozumienie męskości jako ucieleśnienia odwagi i waleczności, otrzymaliśmy surową odpowiedź. Po raz kolejny widzimy w skandynawskim kinie, że kobiety są bardziej zdecydowane i gotowe konfrontować się z trudnymi sytuacjami.  To one potrafią ponosić konsekwencje swoich czynów, nie chowają głowy w piasek, szukając absurdalnych usprawiedliwień dla złych zachowań.


„Przebaczenie” jest emocjonalnym szantażem i trudno uciec od tej kategoryzacji, szczególnie że reżyser wykorzystuje wszystkie chwyty, aby wzruszać, szokować i złościć. Mimo to tworzy pełnokrwistych bohaterów, za którymi w napięciu podążamy i staramy się zrozumieć ich postawy. Wytłumione barwy pozwalają na chłodny dystans, który zostaje wielokrotnie przełamany przez angażującą muzykę. Skandynawska powściągliwość, podkreślana przy okazji dyskusji o „Obcym niebie” Dariusza Gajewskiego, daje przytłaczające wrażenie i dlatego każda wyrażona emocja dociera ze zdwojoną siłą. 

Małgorzata Czop

"Przebaczenie", reż. Petri Kotwica, Finlandia, Irlandia (2015)

sobota, 17 października 2015

31. WFF: "Klezmer", reż. Piotr Chrzan

Egoizm przetrwania

Las skrywa wiele tajemnic. Symbolizuje miejsce magiczne, ale przede wszystkim zagubienie i niepewność. To właśnie w tym miejscu rozgrywa się dramat ludzi znikąd, którzy postawieni w skrajnej sytuacji obnażają swoje słabości, pragnienia i zachłanność. Piotr Chrzan spogląda na czasy II wojny światowej z dala od wystrzałów, huku i szaleńczej walki. Snuje opowieść, zamiast pędzić na oślep i lawirować pomiędzy kulami. Portretuje ludzkie postawy, obnaża prawdę o egoizmie, który tkwi w każdym z nas.

fot. materiały prasowe 


„Klezmer” rozpoczyna się niepozornie, podczas wyprawy do lasu młodych ludzi z pobliskiej wsi. Mężczyźni zbierają szyszki, kobiety przygotowują piknik, pełno jest przekomarzań i śmiechu, dopóki w kniei nie znajdą Żyda zbiegłego z transportu. Ledwie żywy chłopak staje się obiektem rozważań i sporów gromady znajomych. Czy powinni zostawić go na pewną śmierć, oddać w ręce Niemców a może sołtysa? Ile za niego dostaną i jak podzielą się otrzymanymi pieniędzmi. Chrzan nie unika kontrowersyjnych kwestii, nie wprowadza empatii, lecz podkreśla chłopskie rozumowanie pełne żalu i złości wobec narodu żydowskiego. Polacy nie stają się krystalicznie czyści, ale pełni animozji.

Reżyser wkłada kij w mrowisko, ale robi to mniej spektakularnie niż twórcy „Idy” czy „Pokłosia”. Przenosi się w kameralne miejsce i niczym Michał Rogalski w „Letnim przesileniu” subtelnie, ale dosadnie przedstawia koszmar wojny, która relatywizuje co jest dobre a co złe. Co istotne Chrzan nie ocenia żadnej z postaw, a raczej chłodno relacjonuje przy dźwiękach klarnetu i oboju. Minimalistyczna ścieżka dźwiękowa dobitnie podkreśla atmosferę, do czasu aż w finale anielskie chóry dodają opowieści zbędnego patosu.

fot. materiały prasowe

„Klezmer” zasadza się na młodych aktorach, którzy potrafią swoją charyzmą przyciągnąć uwagę (Dorota Kuduk czy Kamil Przystał). Grają na granicy przerysowania, wykorzystują fizyczność, ale również melodyjność dialogów i intrygują różnorodnością, dzięki czemu film nie jest wędrownym snujem, a próbą filozoficznego rozmyślania o sensie i odpowiedzialności za bycie człowiekiem. 

Małgorzata Czop

"Klezmer" reż. Piotr Chrzan, Polska 2015

czwartek, 15 października 2015

31. WFF: "Potwór o tysiącu głów" reż. Rodrigo Plá

Walka z wiatrakami



Kiedy w 1954 roku amerykański psycholog Abraham Maslow opracował słynny model hierarchii potrzeb każdego człowieka, na jednym z podstawowych miejsc piramidy znalazło się pragnienie bezpieczeństwa. Nie rzadko jednak by owego spokoju doświadczyć, trzeba o niego zawalczyć. Na przykład przy pomocy kieszonkowego pistoletu.



Najpierw spokojnie tłumaczy, potem próbuje wzbudzić litość, na koniec zaknebluje dłonie – człowiek stojący na skraju przepaści nie zawaha się zrobić kroku naprzód, jeśli wie, że dzięki temu ocali swoich bliskich. Dla bohaterki ,,Potwora o tysiącu głowach” takim punktem ostatecznym stała się odmowa finansowania leczenia jej męża przez firmę ubezpieczającą. Meksykański reżyser oszczędnie, bez ozdobników w postaci chociażby muzyki ilustracyjnej, przedstawia rodzinny koszmar, którego głównym bohaterem staje się nie chory mężczyzna, lecz bezradna kobieta. Twórca nie pozwala jej wygłaszać banałów na temat niesprawiedliwości i bezwzględności wielkich korporacji - tytułowa chimera swe siedliska zakłada przecież nie tylko w Meksyku, a akcja filmu mogłaby rozgrywać się w jakimkolwiek państwie.

fot. materiały prasowe

 Ta prostota środków wyrazu i surowe dialogi mają jednak także minusy. W parze z nimi publiczność otrzymuje również minimum emocji. Spuchnięte od płaczu oczy bohaterki i rozchwiany głos, nie wystarczą, by w pełni jej współczuć. Nie dane nam jest poznać osobowości desperatki, czy relacji z pozostałymi członkami rodziny, gdyż już po chwili pojawia się ona na ekranie z bronią w ręku, pukając do drzwi poszczególnych pracowników. Natomiast zadaniem milczącego syna Sonii, współtowarzyszącego w akcji wymuszenia zmiany decyzji korporacji, jest jedynie wykonywanie prostych poleceń matki. Cała sytuacja po chwili nabiera niezamierzonej absurdalności – namierzenie przeciętnej kobiety, publicznie grożącej kilku bogatym przedsiębiorcom, staje się dla miejscowej policji nadzwyczaj trudnym zadaniem.

Interesującym zabiegiem, zastosowanym przez twórcę, jest powtórne pokazywanie aktu przemocy, za drugim razem jednak z perspektywy osób postronnych. Na wymachującą odbezpieczoną bronią szantażystkę patrzymy oczami świadków, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie i jedyne co widzą, to rozgrywający się przed nimi terror. Zdystansowaną ocenę postępowania bohaterki umożliwiają również odsłuchiwane nagrania z sali rozpraw.

Jako film dramatyczny, ,,Potwór o tysiącu głów” zbyt oschle dawkuje emocje, nie pozwalając zbliżyć się na krok do postaci, by móc przejąć się ich losem. Natomiast jako kryminał, przez zbytnie uproszczenie fabuły, traci na autentyczności. 


Marta Kapelan

,,Potwór o tysiącu głów” 2015, reż. Rodrigo Plá, Meksyk


31. WFF: "Pieśń zimowa" reż. Otar Iosseliani

Czapki z głów!


„Nie czas pytać o jutro niepewne, więc cokolwiek los niesie łaskawy,
przyjmij ze szczerą ochotą i nie stroń od zabawy,
póki lata zielone nie znają siwizny.”
Pieśń zimowa, Horacy

Najnowszy film Otara Iosselianiego to wielowątkowa opowieść o cyklach życia, nawiązująca do „Pieśni zimowej” Horacego. Głównymi bohaterami są dwaj przyjaźniący się ze sobą starsi panowie, którzy cieszą się sympatią i poważaniem młodszych sąsiadów ze swojego osiedla. Jest tu wątek miłosny, elementy komediowe, a całość spajają sceny zdejmowania czapek z głów przypadkowych przechodniów przez miejscowych złodziejaszków.
Początek filmu toczy się w czasie rewolucji francuskiej, żeby następnie płynnie przenieść się do współczesnego Paryża. Nie bez powodu była to akurat Wielka Rewolucja Francuska – przez cały film przewija się bowiem motyw niesprawiedliwości społecznej i podziału klasowego, który nieoficjalnie, lecz jednak funkcjonuje do dzisiaj. Iosseliani drwi sobie z tego układu, karykaturalnie go przerysowując: bezdomni mówią wybitnie grzecznościowym językiem, pomagają sobie nawzajem, natomiast najwyżsi urzędnicy spędzają czas na różnych przyjemnościach, nie przejmując się losem przeciętnych obywateli.
„Pieśń zimowa” to groteskowa, bajkowa komedia z elementami dramatu, ze świetnymi zdjęciami (Julie Grünbaum), kolorystyką przypominająca filmy Wesa Andersona. Bardzo dobrze sprawdzili się w swoich rolach Rufus i Pierre Étaix, tworząc portret dwójki zgryźliwych, ale sympatycznych staruszków. Pomimo poruszania się w trudnej tematyce starości, poszukiwania miłości czy biedy film daleki jest od marazmu, przez co widz patrzy na życie bohaterów z dystansem, z lekkim przymrużeniem oka.

fot. materiały prasowe

Chociaż można ponarzekać na chaotyczne budowanie narracji i momentami na zbyt wolną akcję, jest to jeden z ciekawszych filmów Konkursu Głównego podczas 31. WFF. Nie sposób wymienić wszystkich wątków, ciężko przypomnieć sobie imiona wszystkich postaci. Jednak tym, co film stara się przekazać przede wszystkim, jest uniwersalna prawda zaczerpnięta od Horacego, że trzeba korzystać z życia jak najpełniej, brać to, co dla każdego przygotował los i "nie pytać o jutro niepewne".

Joanna Adamiak

Pieśń zimowa, reż. Otar Iosseliani, Gruzja 2015

31. WFF: "Tangerine" reż. Sean Baker

Pomarańczowe szaleństwo iPhone’a

Film wykonany kamerą iPhone’a to kino, które bawi się formą. Nie sili się na górnolotne frazesy i głębokie przemyślenia. Wywołuje czysty śmiech i niepoprawną przyjemność, a zrobione za małe pieniądze w niczym nie jest gorsze od wysokobudżetowych produkcji. Bo „Tangerine” opiera się na fenomenalnym scenariuszu, dzięki czemu nie potrzebuje setek efektów specjalnych i wielkich hollywoodzkich nazwisk, aby na dobre zagościć w sercu widza. Sean Baker pokazuje, czym jest sztuka rozśmieszania i chwilowej zadumy.

fot. materiały prasowe


Reżyser zna tajemny przepis na sukces – barwne postaci, emocjonalne zawirowania i porywające tempo. Dobrze zmieszane składniki dają opowieść o przyjaźni, marzeniach i miłości. Brzmi banalnie, ale u Bakera nic nie jest przewidywalne. Sin - Dee Rellę (Kiki Kitana Rodriguez) i Alexandrę (Mya Taylor) poznajemy w wigilijny poranek, kiedy w Dunat Time świętują opuszczenie więzienia przez jedną z nich. Niby zwykłe kobiece ploteczki, ale stają się momentem przełomowym, kiedy na jaw wychodzi zdrada. Chester (James Ransome), chłopak i sutener Sin - Dee, spędził nie jedną noc z prawdziwą dziewczyną, taką z piersiami i waginą. To wywołuje jeszcze większe oburzenie, gdyż obie przyjaciółki są transseksualne.


Złość, rozczarowanie i chęć zemsty napędzają Sin - Dee do szaleńczego poszukiwania pary kochanków w upalnym, świątecznym L.A. Każdemu jej krokowi towarzyszy fenomenalnie dobrana muzyka i nieprzerwany potok słów. Alexandra zawsze jest o kilka kroków za nią i staje się wyważonym przewodnikiem po brudnych ulicach Miasta Aniołów, gdzie przechadzają się transseksualne prostytutki, a imigranci ledwie wiążą koniec z końcem. Nie znajdziemy tutaj glamouru z pierwszych stron gazet, ale rozczarowanie i walkę o przetrwanie.

fot. materiały prasowe


 „Tangerine” to spora dawka śmiechu i jazda na granicy dobrego smaku. Baker wprowadza kilka równoległych wątków, które w rękach niewprawnego reżysera z łatwością mogłyby się zawalić jak domek z kart. Tymczasem reżyser „Gwiazdeczki” doprowadza do emocjonalnie stonowanego finału, który daje chwilę wytchnienia od ponad godzinnej gonitwy. Ciepło kalifornijskiego nieba, pokrytego pomarańczowymi odcieniami przy zachodzie słońca, napełnia „Tangerine” mocą czarowania. Kino spełnione, żywiołowe i pełne blasku, które zasługuje na uwagę.  

Małgorzata Czop

"Tangerine" reż. Sean Baker, USA 2015

poniedziałek, 12 października 2015

31. WFF: "Alicja w krainie pracusiów" reż. Gook-jin Ahn

Niesentymentalny film o miłości

Zegar odmierza minuty i sekundy. Coraz bliżej do zakończenia pracy. Koniec udręki wysłuchiwania sfrustrowanych Koreańczyków, których jedyną ulgą jest rozmowa i wypłakanie się na darmowych spotkaniach psychologicznych. Jednak gabinet psychologa nie jest ostoją, pani doktor prowadzi prywatną krucjatę na rzecz rewitalizacji części miasta, bezwzględnie pomijając dobro swoich pacjentów . I pomimo ustawienia optyki na problemy emocjonalne, Gook-jin Ahn przedstawia szaleńczą i przyziemną finansową walkę o każdy grosz zanurzoną w czarnym humorze i odrobinie kina gangsterskiego.

fot. materiały prasowe


Narratorką opowieści staje się Soo-nam (tytułowa Alicja), która przedstawia historię swojego życia. Jako młoda kobieta miała do wyboru dwie drogi: zostać pracownicą w fabryce albo kształcić się i dołączyć do elity. Ambitna i odważna zdobywa kolejne szczeble edukacji, w rezultacie zostaje pożarta przez nieustępliwy system wyzysku pracowników za minimalne stawki. Jednak nie narzeka, a z podniesionym czołem prze do przodu. Kiedy poznaje miłość swojego życia, oddaje się jej całym sercem i duszą. A nie jest im łatwo, ponieważ wybranek potrzebuje kosztownej operacji, a do tego mężczyzna z pesymistycznym nastawieniem, czarnowidztwem i długotrwałym wpadaniem w otchłań smutku marzy o zakupie własnego domu. Soo-nam z werwą realizuje pragnienia męża, nie czyni z siebie męczennicy, ale zaradną kobietę pracującą w imię miłości na kilka etatów.

„Alicja w krainie pracusiów” pokazuje pasmo niepowodzeń, piętrzących się trudności i nieustannych prywatnych katastrof bohaterów, ale nie zatapia się w marazmie i zwątpieniu. Soo-nam staje się zaradną feministką, która niesienie ciężar choroby i zmartwień męża na swoich barkach. Wytrwale gromadzi pieniądze, zbiera podpisy mieszkańców na rzecz rewitalizacji miasta i walczy z narastającą frustracją. Reżyser wprowadza nas w niełatwą rzeczywistość ubóstwa, nierówności społecznych i moralnych wątpliwości, a to wszystko bierze w nawias humoru i kolorowego ironizowania z przyzwyczajeń i postaw Koreańczyków. Dzięki temu film nie przygniata dojmującą atmosferą rodem z „Długu” Krzysztofa Krauzego,  ale daje oddech i czas na odprężający śmiech.



W gruncie rzeczy „Alicja w krainie pracusiów” to piękny film o miłości, która nie zadaje pytań, nie ucieka w tani sentymentalizm, a niesie ogromne pokłady oddania i czułości.  Gook-jin Ahn wyważył komizm i grozę, czułość i brutalność, dzięki czemu film staje się mieszanką kina gangsterskiego, komedii romantycznej i dramatu obyczajowego. Rozłożenie akcentów pozwala na suspens i ciekawe zwroty akcji. To Soo-nam trzyma opowieść w swoich dłoniach i z wprawą dawkuje emocje oraz informacje tak, że udaje jej się ujarzmić tykający zegar do tego stopnia, iż nie wzbudza on paraliżującego strachu, lecz przypomina jak wiele pięknych chwil jeszcze zostało przed nią. 


Małgorzata Czop

"Alicja w krainie pracusiów" reż. Gook-jin Ahn, Korea Południowa 2015