środa, 10 stycznia 2018
Spotkania - relacje
Zapraszamy do obejrzenia skrótów spotkań z kolejnymi gośćmi warsztatów.
wtorek, 28 listopada 2017
Serce miłości, reż. Łukasz Ronduda
Wszyscy jesteśmy narcyzami
Co by nie pisać, Łukasz Ronduda nie daje za wygraną. Po dość sceptycznie przyjętym „Performerze” (współreżyseria: Maciej Sobieszczański, 2015), opowiadającym historię Oskara Dawickiego, w swoim drugim filmie bierze na warsztat artystę z tego samego ekstrawaganckiego poletka. Wojciech Bąkowski (pseudonim artystyczny WuEsBe) to znany nie tylko w kraju nad Wisłą człowiek-orkiestra: twórca filmów animowanych, poeta, muzyk, wreszcie autor sztuk wizualnych i audioperformensów. Wraz z debiutującą pisarką Zuzanną Bartoszek (Justyna Wasilewska), od lat tworzy tandem artystyczno-miłosny, w którym każdy żyje własnym życiem, poszukując inspiracji w codzienności i wykorzystując ją równolegle do tworzenia własnej, alternatywnej rzeczywistości.
„Serca miłości” (2017) nie należy jednak traktować jako konwencjonalnej biografii. Ronduda na szczęście nie powtarza nietrafionego połączenia zastosowanego w debiucie: filmu galeryjnego, dokumentu i fabuły. Sztuka została przefiltrowana przez kino, spontaniczny performance mieszał się z grą aktorską. Tam Dewicki grał siebie, tutaj porte-parole Bąkowskiego jest aktor Jacek Poniedziałek.
Fascynującym jest podglądanie w „Sercu miłości” tej specyficznej relacji zbudowanej na konflikcie interesów, w której każdy gest, wypowiedziane słowo, nawet sen drugiej osoby może stać się fundamentem pod stworzenie „sytuacji artystycznej”. Dużo młodsza Zuzanna, zafascynowana twórczością Wojtka, jako początkująca artystka nie może mieć takiej siły przebicia jak jej partner. Ich związek to ciągła walka o dominację, twórczą niezależność i możliwość kreowania własnego wizerunku. Punktem wyjścia filmu jest moment, kiedy Bartoszek próbuje wyzwolić się spod skrzydeł kochanka. Ronduda kontynuuje podpatrywanie świata twórców alternatywnych, gdzie pobieżnie rozumiany proces twórczy ma tu bardzo przyziemny wydźwięk. Bohaterowie wchłaniają otaczającą ich rzeczywistość i czynią z niej własną wypowiedź artystyczną. W efekcie „Serce miłości” to bardziej rodzaj uniwersalnego filmowego eseju o narcystycznym życiu artystów naszego pokolenia. W duchu couchingowych motywacji, musisz egoistycznie martwić się o samodoskonalenie, inwestować w siebie. Jak śpiewał Markowski – „wśród tandety lśniąc jak diament”. Czyż nie jest to smutna dewiza dzisiejszego pomysłu na życie?
W behawioralnej obserwacji bohaterów ogarniętych obsesją na punkcie własnej osoby Ronduda przypomina Matuszyńskiego, którego również nie do końca biograficzna „Ostatnia rodzina” (2016), opowiadała o prawdziwym artyście wykorzystującym otoczenie za pomocą kamery wideo do własnych wizji. Nic dziwi więc fakt, że Bąkowski i Bartoszek napisali dialogi do scenariusza Roberta Bolesto, który jako nieliczny w naszym kraju może obecnie nazywać siebie scenarzystą-autorem („Hardkor disco” [2014], „Córki dancingu” [2015], „Ostatnia rodzina”). Bliźniaczo podobna do siebie para, bez włosów, w tych samych uniseksowych ubraniach, przypomina o konflikcie płci podjętym choćby w „Ex Machinie” (2015) – z podobnie zarysowaną rywalizacją pomiędzy stworzycielem (Wojtek), a stworzeniem (Zuzanna). Jednocześnie reżyser nie zapomina, że są to osoby z krwi i kości; jedzące razem śniadanie, biorące kąpiel, robiące zakupy w galerii handlowej.
Myli się więc ten, który myśli, że sztuka stworzona zostaje dla lub pod widza. Ronduda jako nie tylko reżyser filmowy, ale także autor publikacji naukowych i wykładowca akademicki, inteligentnie przypomina nam o zapomnianym nieco truizmie, że najważniejsza jest „sztuka dla sztuki”. Dlatego „Serce miłości” to jeden z bardziej interesujących tytułów w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, który w obliczu ciągłego definiowania i przeobrażania się sztuki nowoczesnej, czyni jej hermetyczność przystępnym tematem dla każdego widza. Jak jego bohaterowie, Ronduda wychodzi ze swoim performancem do ludzi. Taki gest to także wielka sztuka.
Piotr Szczyszyk
czwartek, 16 listopada 2017
Manifesto, reż. Julien Rosenfeldt
Eviva l’arte!
„Każda sztuka jest bezużyteczna” napisał Oscar Wilde we wstępie do „Portretu Doriana Graya”. Na prośbę czytelnika o wyjaśnienie tego stwierdzenia odpowiedział w liście, że sztuka podobna jest do kwiatu, a kwiat stanowi cel sam w sobie, kwitnie dla samego siebie – i nawet jeśli człowiek użyje go do własnych celów, nie wpływa to zasadniczo na jego istotę. Sto lat później z podobnym zagadnieniem postanowił zmierzyć się niemiecki reżyser Julian Rosefeldt, zbierając manifesty różnorodnych ruchów artystycznych działających w XX wieku w skondensowany „wykład” z najnowszej historii sztuki. Ten swoisty kolaż początkowo prezentowany był jako instalacja w galeriach na całym świecie, by po dwóch latach doczekać się swojej kinowej premiery na festiwalu w Sundance. Nagromadzenie postulatów i poglądów na akt twórczy przyprawia tutaj o zawrót głowy, a wyraz „sztuka” odmieniany jest przez wszystkie przypadki.
Niewątpliwie projekt nie cieszyłby się takim zainteresowaniem, gdyby nie nazwisko Cate Blanchett, która wciela się w „Manifesto” w aż trzynaście (!) postaci. Pierwotnie wyświetlane na osobnych ekranach, niepowiązane ze sobą fabularnie sceny łączą się tutaj w gęsty ciąg monologów. W każdej z tych mini-historii aktorka odgrywa inną postać, która – znajdując się w mniej lub bardziej codziennej sytuacji z życia wziętej – recytuje manifesty artystyczne takich nurtów jak futuryzm, konceptualizm, dadaizm czy pop-art. Blanchett ma niepowtarzalną okazję zaprezentować zdolność do przeobrażania się w skrajnie różne osobistości: od bezdomnego mężczyzny, poprzez prezenterkę telewizyjną, stateczną panią domu, choreografkę, rockową buntowniczkę, na nauczycielce szkoły podstawowej kończąc. Pole do popisu jest więc ogromne i aktorka radzi sobie z tym wyzwaniem bezbłędnie, nie da się jednak nie zauważyć, że postacie są raczej archetypiczne i jednowymiarowe, bo nie o niuansowanie charakteru tutaj chodzi. Na równi z Blanchett „grają” charakteryzacja i scenografia, które same w sobie wystarczająco sugestywnie kreślą postać w danej scence rodzajowej.
W „Manifesto” ciekawy jest nie sam pomysł zestawienia sobą różnych manifestów, ale wkomponowanie ich w codzienne sytuacje, co często prowadzi do komicznego efektu (mój osobisty faworyt: gospodyni domowa z klasy średniej „modli” się przed posiłkiem postulatami pop-artu). Zabieg ten sugeruje, że reżyserowi nie chodzi zapewne o stawianie pomnika swoim dawnym kolegom po fachu, ale o skonfrontowanie manifestów z rzeczywistością i zastanowienie się, na ile do niej przystają. Pozwala to spojrzeć z pewnego dystansu i obnażyć ich patos, naiwne myślenie, idealizm i sporą dozę buty. Manifesty, które w swym założeniu miały być rewolucyjne i wybudzać z letargu, zestawione razem tracą moc i działają, o ironio, usypiająco; od pewnego momentu zlewają się w jedną chaotyczną całość i przestają cokolwiek znaczyć. Zebranie ich w ponad półtoragodzinny film wystawia cierpliwość widza na próbę i każe domniemywać, że jednak lepiej sprawdzają się jako elementy instalacji artystycznej w galerii. Nie da się przy tym odmówić reżyserowi zręczności w konstruowaniu filmowego świata, a szczególnie jego strony wizualnej – zamiłowanie do surowych, postindustrialnych i sterylnych lokacji jest nieprzypadkowe, bo reżyser ukończył studia z architektury; perfekcyjnie dobrane kadry świetnie komponują się z minimalistyczną, wprawiającą w trans ścieżką dźwiękową.
A co manifestuje sam Rosefeldt? Na pewno dystans do własnej twórczości i sztuki w ogóle. Autoironiczny, prześmiewczy wydźwięk niektórych scen sugeruje, by nie traktować całej tej sprawy zbyt poważnie. Łatwo dać się zwieść pokusie tworzenia wielopiętrowych interpretacji i szukania znaczeń tam, gdzie ich nie ma, pytanie tylko, czy nie zostanie się wtedy złapanym w pułapkę zastawioną przez reżysera. W kwestionowaniu bezrefleksyjnego nabożeństwa wobec sztuki i snobizmu film przypomina tegorocznego zdobywcę Złotej Palmy „The Square”, jest w tym jednak dużo bardziej nieoczywisty i subtelny. Kakofonia na koniec, kiedy wszystkie manifesty pojawiają się jednocześnie na ekranie, miesza się w swoisty postmodernistyczny bełkot, gdzie zasady i reguły tworzenia są rozmyte, więc wolno już w zasadzie wszystko. I może o to chodzi: o nieskrępowaną wolność w tworzeniu sztuki? A „Manifesto” jest, ni mniej, ni więcej, a efektem artystycznego kaprysu reżysera, bo przecież każda sztuka jest bezużyteczna i spieranie się o jej cel jest jak pytanie o to, po co kwitnie kwiat?
Małgorzata Maczuga
Manifesto, reż. Julian Rosefeldt
NA POGRZEB TYLKO DADA
Zaczęło się od instalacji, którą niemiecki artysta Julian Rosefeldt zaprezentował w galeriach w Melbourne, Berlinie i Nowym Jorku. Trzynaście postaci, odgrywanych przez Cate Blanchett, z trzynastu ekranów wygłaszało manifesty najważniejszych artystów i filozofów XIX i XX wieku. Dziennikarze New York Timesa żałowali, że w dziedzinie sztuk wizualnych nie przyznaje się Oskarów, bo to, że australijska aktorka na taką statuetkę zasługuje, nie podlega żadnej dyskusji. Wcielając się choćby w dwie dziennikarki telewizyjne, które rozmawiają na antenie o sztuce konceptualnej w taki sposób, jakby relacjonowały wypadek na autostradzie czy zamieszki, Blanchet jest rzeczywiście niezrównana i wydaje się, że swoimi rolami w „Manifesto” ostatecznie udowodniła, że w przypadku jakichkolwiek problemów z obsadą poradzi sobie z każdą rolą, od Pięknej po Bestię. Ostatecznie zresztą kino doczekało się swojej doli i dzieło Rosefeldta przeniosło się z galerii do sal kinowych.
Pomysł reżysera polegał na wyjęciu manifestów z ich właściwego kontekstu i dopasowaniu do sytuacji, w których się ich nie spodziewamy. Stąd postać pogrążonej w żałobie kobiety, która nad grobem, zamiast mowy pogrzebowej wygłasza deklarację dadaistów czy dystyngowanej pani domu, która przy rodzinnym obiedzie składa ręce do modlitwy, by słowami Claesa Oldenburga dopominać się o sztukę, którą zgolono z nóg, zwisa z nosa albo została rozczesana. Taki zabieg, oprócz tego, że – jak wspomina sam Rosefeldt – „otrzepuje z kurzu historii” teksty, które niekoniecznie kojarzą się dziś z czymś aktualnym, mógłby teoretycznie pozwolić odbiorcy (po wyjściu z etapu zaskoczenia) bardziej skupić się na samej ich treści, postrzeganej w tej chwili w oderwaniu od tego wszystkiego, co narzuca postać autora czy kontekst historyczny. Jednak zgromadzenie fragmentów kilkudziesięciu manifestów artystycznych i politycznych w półtoragodzinnym filmie to spore wyzwanie dla widza, dla którego takie intelektualne harce mogą być ciekawostką, choć niekoniecznie materiałem na pełnometrażowy film. Coś, co sprawdza się w galeriach sztuki współczesnej, nie zawsze musi się obronić w kinie. Gdyby „Manifesto” było powieścią, mogłoby leżeć na półce obok tomów „W poszukiwaniu straconego czasu”, o których wypada mieć coś do powiedzenia w towarzystwie, ale w które niewielu czytelników rzeczywiście ma ochotę się zagłębić. Film Rosefeldta może imponować, zaskakiwać i rozśmieszać, pytanie jednak, czy jest w stanie porwać, pozostawiając w widzach coś więcej niż tylko wrażenie uczestnictwa w wymyślnym i kunsztownie przygotowanym eksperymencie.
Katarzyna Pochmara-Balcer
Manifesto, reż. Julien Rosenfeldt
„Sztuka (nie)mówienia”
Czym jest sztuka? Czego poszukuje artysta? I czy wszystkie manifesty – wbrew pozorom – dotyczą tego samego? Julien Rosenfeldt wykorzystał teksty najważniejszych XX-wiecznych manifestów, aby stworzyć mega-manifest, artystyczny kolaż zatopiony we współczesnych realiach. To wideo instalacja z aktorskim popisem Cate Blanchett, która mistrzowsko wciela się w trzynaście postaci, przeobrażając manifesty w monumentalne monologi wygłaszane z monotonną precyzją. Artystyczna zabawa formą. Ale co tak naprawdę się za nią kryje?
„Piszę manifest, ponieważ nie mam nic do powiedzenia” – to jedne z wielu słów, które otwierają film Rosenfeldta i doskonale wybrzmiewają w kontekście całości. Wydaje się, że reżyser wziął na siebie zadanie zasiania fermentu i pobudzenia odbiorcy do intelektualnej gimnastyki. Przedstawił nadmiar treści, zamieniając ją w niezrozumiały i trudny w odbiorze bełkoty, by z nudy opowiadania dojść do filozoficznej rozprawy na temat aktualności prezentowanych treści we współczesnym świecie. I choć film jest pięknie skonstruowanym pokazem możliwości Blanchett, zostaje pozbawiony wszelkich narzędzi interpretacyjnych i punktów zaczepiania do późniejszych rozważań. Wydaje się, że sztuczny rytm wypowiadanych słów daleki jest od prawdziwej szczerości tworzenia. Autentyczna radość pojawia się tylko na początku, kiedy grupa starszych pań puszcza fajerwerki i na końcu wśród bawiących się dzieci.
Rosenfeldt zmiksował ze sobą, m.in. manifesty futurystów, dadaistów, zasady popartu czy Dogmy 95. Połączył słowa różnych artystów w spójne intelektualne wywody na temat artystycznej działalności i twórczych powinności artysty do tego, by siać intelektualny ferment. W inscenizacjach wprowadził nieco humoru i ironicznego dystansu. Zbudował sceny, które momentami kontrastują z wypowiadanymi słowami. Patrzymy na Cate Blanchett, która wygłasza manifesty głównie jako wewnętrzny monolog. Sposób, w jaki mówi podkreśla deklaratywny styl i ekspresywny język zakorzeniony w manifestach. Monolog staje się świadectwem portretowanej postaci, jej wewnętrznego zmagania z konkretnymi sytuacjami. Ale pomimo tego zastanawiamy się, do kogo skierowane są te słowa? Blanchett wielokrotnie zerka w kamerę, dzięki czemu mimowolnie zostajemy adresatami. Rosenfeldt nie chce jednak z nami rozmawiać, a jego film opiera się na długim i przerysowanym komunikacie.
Reżyser w Manifesto zastanawia się, czy pełne pasji i zaangażowania manifesty przetrwały próbę czasu. Czy mogą być uniwersalne? Jak zmieniła się dynamika między polityką, sztuką i życiem? Jaka jest obecnie rola artysty w społeczeństwie? Wykorzystuje apelacyjny ton tekstów, aby podkreślić ich napięcie. Pokazuje, że – choć przedstawiciele różnych nurtów mieli odrębne założenia – wszyscy poszukiwali idealistycznej wizji sztuki i jej wpływu na rzeczywistość.
Mimo wszystko, a może właśnie przede wszystkim największym atutem tego filmu jest Cate Blanchett. Jej ekstremalna wiarygodność i umiejętność autentycznego prowadzenia różnych styli mówienia i dialektów wynosi manifesty na emocjonalny poziom. Jednak długie i statyczne ujęcia sprawiają wrażenie, że film składa się z pojedynczych statycznych scen z ważnymi cytatami. Finalnie wszystkie trzynaście głosów i manifestów zlewają się w jedno, tworząc symfoniczny ton wypowiedzi. Indywidualny tekst nie może być już dłużej słyszalny. To dźwięk patosu, bunty i pasji, który pozostawia nas obojętnymi i zadziwionymi artystycznym brakiem wyraźnego przekazu. Rosenfeldt stworzył manifest, ponieważ nie miał nic do powiedzenia.
Małgorzata Czop
środa, 8 listopada 2017
czwartek, 19 października 2017
Po tamtej stronie (2016), reż. Aki Kaurismäki
Inna strona Nadziei
Piotr Szczyszyk
Od czasów II Wojny Światowej nie było w Europie tak złożonego problemu jak kryzys migracyjny, z którym borykają się aktualnie nie tylko mieszkańcy Starego Kontynentu. Już sama terminologia stosowana do opisu zdarzenia: „kryzys”, „problem”, „aporia naszych czasów”, czyni z niego nośny temat, który prędzej czy później zostanie przefiltrowany przez kulturę. Nie dziwią więc powstające co jakiś czas „produkty” mierzące się z kwestią uchodźców: nagrodzeni w Cannes Imigranci (2015) czy głośny dokument ostatnich miesięcy pt. Ostatni w Aleppo (2017).
Swojego rodzaju ostatnim z Aleppo jest także protagonista Po tamtej stronie (2017), nowej prowokacji fińskiego reżysera Akiego Kaurismäkiego. Khaled (Sherwan Haji), mechanik z Syrii, choć przybywa do Europy na pokładzie statku towarowego, wygląda jak przybysz z innej planety – zanurzony po czubek głowy w górze węgla. Niczym Karol, główny bohater filmu Trzy kolory: Biały (1994) Kieślowskiego, który do Polski próbował przedostać się jako bagaż, w wielkiej skórzanej walizce. Początek filmu wydaje się też nieoczywistą kontynuacją poprzedniego dzieła reżysera – Człowieka z Hawru (2011) – wypowiedzi de facto na inny temat, lecz przedstawionej w podobny sposób. Tam młodziutki Idrissa, imigrant z Gabonu, dopłynął do tytułowego francuskiego miasta w kontenerze. Stojąc po pas w wodzie, zastanawiał się w którą stronę uciekać przed strażą przybrzeżną; pomocną rękę wyciągnął do niego jednak podstarzały Marcel, portowy pucybut.
Dla Khaleda ratunek przywdziewa postać Wikströma (Sakari Kuosmanen), byłego sprzedawcę koszul, teraz samodzielnie przebranżowionego właściciela restauracji, na której zapleczu bezdomny bohater znalazł dla siebie schronienie. Widząc umorusanego imigranta leżącego na „prywatnej posesji”, mężczyzna o czerwonej twarzy rubasznego wujka Mariana wpada w szał (postać ta sprawia zresztą wrażenie alter ego reżysera, głównie fizycznym). Z czasem przekonuje się do Innego, darząc go nawet sympatią i upatrując w nim szanse na podratowanie słabo prosperującej knajpy o dumnej nazwie „Złoty kufel” – jak to często bywa, skierowanej po pewnym czasie w stronę kuchni wschodniej.
Z kolei Ziemią Obiecaną okazuje się stolica Finlandii, nie wyglądającą bynajmniej na raj odnaleziony. Helsinki w kamerze Kaurismäkiego przypominają bardziej komunistyczną Warszawę niżeli miasto bogatego kraju skandynawskiego. To typowy zabieg stylistyczny stosowany przez Fina – wszędzie jest dobrze, tylko nie u nas – dlatego uchwycona na taśmie 35mm Finlandia wygląda jak zapis przeszłości. Wprawdzie bohaterowie rozmawiają przez nowoczesne komórki, lecz zamiast komputerów używają maszyn do pisania, noszą staroświecką garderobę i trwałe fryzury. W „Złotym kuflu”, jak za Gierka – zjesz śledzia z puszki i napijesz się wódki. Kaurismäki jak prawdziwy autor podejmuje wprawdzie palącą kwestię współczesnej Europy, ale bierze ją na swój warsztat, pozostając mu do końca wierny.
To chyba największa z zalet, zarówno postawy reżysera jak i samego filmu. Angielska i polska transpozycja tytułu podkreśla jakąś „drugą stronę”, w rozumieniu: że można inaczej, bez patosu i taniej publicystyki opowiedzieć o nieopowiadanym. Szyderczy acz wielkoduszny Wikström wykazuje się solidarnością, jednocześnie będąc reprezentantem ogółu – Finlandia jako kraj nie jest gotowa na przyjmowanie uchodźców. Khaled to nie kobieta z dziećmi, a młody mężczyzna w sile wieku, dlaczego zatem nie został w kraju objętym wojną, ba, zostawił tam siostrę i nie bronił ojczyzny? Pomiędzy tymi dwoma równoległymi wątkami – zadomowienia na obczyźnie i mentalności białego człowieka – rozgrywane jest groteskowo-dramatyczne studium przypadku.
Jedna z fenomenalnych scen rozgrywa się w urzędzie meldowania imigrantów, gdzie Khaled poznaje Mazdaka. Irakijczyk wykłada bohaterowi sposób na zdobycie azylu: musisz się uśmiechać, ale nie za dużo, bo wezmą cię za wariata. Bądź szczęśliwy i wesoły, tylko nie na ulicy – do domu wracaj zmartwiony. Jeśli jednak twoja sytuacja nie wyda się urzędnikowi zbyt smutna, utracisz swój uprzywilejowany status biednego uciekiniera.
Uchodźca nie jest zatem traktowany w uroczysty, podniosły sposób (jako ofiara losu), ale człowiek szukający zwyczajnie nowego miejsca na ziemi. Obserwując drobnomieszczańskie kombinowanie restauracyjnej gromady, nie ulicznych prostaków wyzywających go od Żydów (?), Khaled woli jechać gdzie indziej. Nagrodzony za reżyserię na tegorocznym Berlinale (polecam obejrzenie odbioru nagrody!), Kaurismäki z wyczuciem i sporą odwagą nie podważa w żaden sposób wagi tematu, lecz przedstawia go po swojemu, z całą lekkością i bezkompromisowością, tworząc coś na wzór zaangażowanej komedii humanitarnej. Po tamtej stronie normalności wcale nie musi być lepiej.
Między Aleppo a Helsinkami
Mateusz Godlewski
Sposób, w jaki Aki Kaurismäki przedstawia swoich bohaterów, może imponować: pierwsze
sceny umiejętnie przekazują bez słów wszystko, co musimy wiedzieć, jednocześnie ustanawiając styl, tonację i problematykę całego filmu. Ze stosu węgla w porcie wyłania się czarna postać - obcy,
uchodźca, w nieznanym miejscu i wśród nieznanych ludzi. I drugi wątek: Fin w średnim wieku pakuje swoje rzeczy, pozostawia niewzruszonej żonie obrączkę i wychodzi - będzie teraz zaczynał nowe życie. Najpierw zdobywa pieniądze i zaraz robi z nich użytek, przejmując podupadłą restaurację.
Opowieść płynie dwutorowo aż do ich nieuchronnego spotkania - i to spotkanie całkiem obcych sobie kulturowo ludzi zdaje się być głównym tematem “Po tamtej stronie”. Taka dychotomia – dwóch skrajnie różnych bohaterów, ich dwie historie – cechuje też zresztą w innym sensie całość: to współczesna historia, osadzona w konkretnej sytuacji politycznej, jednak zręcznie przekuta w niedzisiejszą, specyficzną komedię. Kaurismäki zrezygnował z ponurego realizmu, pozostawiając to, co najbardziej przyciągało w jego dotychczasowej twórczości: autorski sznyt i z lekka abstrakcyjny humor. Wizualne gagi przywołują na myśl klasyczne już filmy Jacquesa Tati, a niektóre sceny – z dialogami ograniczonymi do minimum, statyczną kamerą, niespodziewanie komicznymi kontrastami – wspinają się prawie na poziom skeczy Roya Anderssona. Do najśmieszniejszych należy ta, w której restaurator próbuje z dnia na dzień zmienić swój lokal w sushi bar. Pojawia się wtedy – skąd? A czy to ważne? – całą grupa japońskich turystów, którzy nie kręcą nosem nawet na śledzia z beczki. I to bawi.
Reżyser nie daje jednak zapomnieć, kto jest bohaterem tych komicznych sytuacji, nie ucieka od kwestii, z którymi bierze się, mimo wszystko, za bary – przypomina nam o sytuacji w Syrii relacją telewizyjną, pokazuje, jak władza mierzy się z kwestią uchodźczą. Kiedy dochodzi wreszcie do spotkania bohaterów, uchodźcy i restauratora, w pierwszym odruchu dają sobie po mordzie. Zapala się lampka – uwaga, oto wymowna scena. „Jestem silniejszy” – mówi śpiącemu pod jego restauracją Wikström, a w odpowiedzi słyszy „To co?” – i otrzymuje cios. W następnym ujęciu poszukują już wspólnie sposobu na wzajemną pomoc. Rzeczywiście, wymowne.
„Po tamtej stronie” to udany okaz gatunku dosyć rzadkiego – arthouse’owej komedii. Pozostaje przy tym jednak „filmem o uchodźcach”, a trudno nie dostrzec, jak powierzchownie problem jest tutaj przedstawiony. Swojego tragicznego bohatera styka ze „zwykłymi” obywatelami, dla których pomoc jest odruchem, chłodnymi urzędnikami oraz agresywną hołotą. Taka wizja społeczeństwa spodoba się z pewnością tej stronie, do której należy jury festiwalu w Berlinie, gdzie film otrzymał Srebrnego Niedźwiedzia. „Po tamtej stronie” nie jest głośnym głosem w dyskusji, nie otwiera debaty. Kaurismäki zdaje się raczej mówić: tak, porozmawiajcie sobie o współczesnej Europie, ale wcześniej – usiądźmy i pośmiejmy się razem.
Małe wielkie nadzieje
Jan Bliźniak
Obwoźny handlarz zostawia żonę i zmienia profesję. Syryjski uchodźca trafia do Finlandii. Losy dwóch mężczyzn obrazują starania, by znaleźć się „po tamtej stronie” – nadziei, marzeń, aspiracji. Aki Kaurismäki z właściwą sobie empatią przygląda się usilnym próbom zmiany własnego życia i choć unika oczywistych wniosków, zaskakuje pesymizmem.
Interpretacyjne wskazówki podsuwa w tekstach piosenek, które wykonują uliczni muzycy. W jednej z nich rolnik z wysiłkiem uprawia pole, lecz potem przychodzi mróz i cały wysiłek idzie na marne. Bohaterów dotyka coś podobnego; starają się, walczą, a potem natrafiają na zewnętrzną, niespodziewaną przeszkodę. W filmie znajduje się sporo mniej lub bardziej zakamuflowanej krytyki państwa – nieczułych, absurdalnych, źle zarządzanych instytucji, gdzie policjanci piszą na maszynach, choć dysponują laptopami, a system informatyczny można z łatwością zhakować.
„Instytucje są złe, ale ludzie dobrzy” – zdaje się wnioskować Kaurismäki, zawsze czuły na gesty solidarności i bezinteresownej pomocy. „Po tamtej stronie” ma jednak dużo intelektualnej otwartości. Ostrze krytyki rzadko uderza wprost. Reżyser beznamiętnie serwuje spokojne, podszyte groteską obrazy. Dialogów jest niewiele i zwykle ograniczają się do krótkich, prostych zdań. W ten sposób powstaje szeroka, luźna przestrzeń do interpretacji. Twórca zaprasza widza do swobodnego sięgania po ukryte w fabule i formie elementy i składania z nich własnej siatki znaczeń.
Stąd wynika też pewna nonszalancja w kreacji filmowego świata. Choć fabuła wydaje się bardzo aktualną odpowiedzią na kryzys migracyjny, a urywki z telewizyjnych wiadomości wprost umieszczają bohaterów w „tu i teraz”, scenografię i kostiumy cechuje bezczasowość. Kaurismäki tworzy kolaż obiektów z różnych dekad XX wieku. Nie sili się przy tym na kunsztowną malowniczość, wybiera raczej smętną rupieciarnię. W burym kiczu, niczym w przygaszonej wariacji estetyki Pedra Almodóvara, świat wydaje się smutny, pozbawiony smaku, a zarazem swojski, zawsze rzeczywisty.
W tej (nie)banalnej przestrzeni naturalnie wypadają podawane z kamienną twarzą absurdalne żarty i pozbawione ostentacji dziwactwa. W „Po tamtej stronie” wiele znajdzie się humoru, czasem zgryźliwego, czasem sztubackiego. Prędzej czy później wychodzi z niego jednak coś ponurego, jak chociażby w komicznym epizodzie próby przerobienia zwykłego baru w restaurację sushi. Dobry pretekst do gagów prowadzi do gorzkiego morału. Powierzchowne zmiany skazane są na niepowodzenie. Być może dotyczy to zmian w ogóle. Reżyser w półotwartym zakończeniu nie daje jasnej odpowiedzi, ale trzeba mieć w sobie dużo optymizmu, by doszukiwać się w nim „happy endu”.
wtorek, 5 września 2017
Spotkanie pierwsze - Tomasz Bagiński
Zapraszamy do obejrzenia relacji z pierwszego spotkania VI edycji warsztatów, którego gościem był pan Tomasz Bagiński.
niedziela, 14 maja 2017
Rusza nabór na VI edycję warsztatów Krytycy z pierwszego piętra - tym razem spotkania odbędą się w formule Masterclass
Centrum Myśli Jana Pawła II i Gutek Film zapraszają do nadsyłania zgłoszeń na warsztaty „Krytycy z pierwszego piętra (edycja VI): Masterclass”.
Na program bezpłatnych warsztatów składa się 6 spotkań w małej sali kina Muranów, których punktem wyjścia będzie przedpremierowa projekcja filmu z repertuaru Gutek Film. Po seansie odbędzie się spotkanie ze znanym, polskim twórcą filmowym (aktorem, reżyserem, scenografem, operatorem), który skomentuje zaprezentowany obraz z perspektywy swojej specjalności oraz odpowie na pytania uczestników warsztatów. Film zostanie także opatrzony komentarzem krytycznym eksperta Centrum Myśli JP2.
Gościem pierwszego spotkania - 21 czerwca - będzie TOMASZ BAGIŃSKI - nominowany do Oscara wybitny twórca filmów animowanych.
Kolejne pięć spotkań odbędzie się po wakacjach - od września do grudnia 2017 roku. Po każdym z nich uczestnicy będą mieli za zadanie napisania recenzji filmu czerpiąc z wiedzy zdobytej podczas warsztatów.
Wykładowcami poprzednich edycji warsztatów byli między innymi: Barbara Hollender, Paweł T. Felis, Michał Oleszczyk, Michał Walkiewicz, Krzysztof Kwiatkowski, Ryszard Jaźwiński czy Piotr Szygalski. Zaproszenie na spotkanie z krytykami z pierwszego piętra przyjęli także Anna Apostolakis, Agnieszka Grochowska, Katarzyna Herman, Jowita Budnik, Maciej Stuhr, Sławomir Fabicki, Greg Zgliński, Mitja Okorn, Piotr Kozłowski, Mateusz Damięcki, Grzegorz Jaroszuk i Krzysztof Chodorowski.
Warsztaty organizowane są przez Centrum Myśli Jana Pawła II. Partnerem projektu jest Gutek Film. VI edycja warsztatów otrzymała finansowe wsparcie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Zapraszamy do odwiedzenia stron internetowych www.facebook.com/krytycy oraz www.krytycyz1pietra.blogspot.com poświęconych czterem edycjom warsztatów.
UDZIAŁ W WARSZTATACH JEST BEZPŁATNY!
Zgłoszenia zawierające FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY oraz od jednej do trzech recenzji filmowych prosimy przesyłać na adres krytycyz1pietra@gmail.com do 31 maja 2017!
Link do formularza zgłoszeniowego.
O przyjęciu na warsztaty decyduje ocena nadesłanych prac oraz KOLEJNOŚĆ ZGŁOSZEŃ!
niedziela, 18 grudnia 2016
32. WFF: Tancerz (Rosja, Ukraina, USA, Wielka Brytania 2016) reż. Steven Cantor
Cena talentu
Przestronna, zbudowana z białego
drewna hala. Poranne promienie słoneczne wkradające się przez otwory w
ścianach. Szum zielonych liści. Świt. Młody mężczyzna o doskonale wyrzeźbionej
sylwetce, z pochyloną głową, jakby właśnie opadł na podłogę. Będąc w swoistym transie powoli kołysze się to w jedną, to w drugą stronę.
W takiej chwili widzimy Siergieja
Polunina po raz pierwszy. 27-letni ukraiński tancerz baletowy ma już na swoim
koncie najbardziej prestiżowe wyróżnienia, w wieku 21 lat stał się najmłodszym
tzw. principal w The Royal Ballet,
obecnie na stałe współpracuje z Moskiewskim Akademickim Teatrem Muzycznym imienia Stanisławskiego i Niemirowicza-Danczenki oraz Nowosybirskim Teatrem Opery i Baletu. Powyższe
informacje z łatwością odnajdziemy w Internecie, natomiast dokument Stevena
Cantora pozwala dostrzec więcej.
Reżyser zaczyna gwałtownie: w
krótkiej sekwencji, przywodzącej na myśl reklamę chcącą przykuć uwagę, niejako
streszcza losy Siergieja. Udaje mu się jednak wzbudzić, a co najważniejsze,
utrzymać zainteresowanie odbiorcy. W ,,Tancerzu” można znaleźć i nagrania
występów z dzieciństwa, i popisowe fragmenty ze spektakli na największych
światowych scenach, wypowiedzi i kolegów po fachu, i członków rodziny. Ta
ostatnia ma zresztą w przypadku Polunina niemałe znaczenie, stanowiła przecież niejako główną
motywację jego wspinaczki po kolejnych szczeblach kariery.
O fenomenie tego filmu stanowi
fakt, że można nie znać się na balecie, można nawet go nie lubić, ale
magnetyzmowi młodego geniusza ruchu nie sposób się oprzeć. Umiejętna selekcja
fragmentów wspaniałych choreografii nie dość, że znakomicie eksponuje talent
bohatera, to jeszcze kontrastuje z jego odczuciami, zmęczeniem i, jak sam to
nazwał, ,,wypaleniem”. Cantorowi udało się wydobyć z Polunina pokłady energii i
radości, ale też i tkwiących głęboko wewnątrz smutku i samotności. Reżyser mógł
z łatwością podążyć za sensacją i skupić się na skandalicznym epizodzie z życia Ukraińca, a mianowicie
imprezach, narkotykach i alkoholu, ale czy nie byłaby to wtedy tylko kolejna
łatwa ocena, sprowadzająca go do ,,artysty, któremu sława uderzyła do głowy”?
Mały Siergiej zapytany, dlaczego
tańczy, odpowiadał, że robi to ,,dla innych, żeby sprawić im przyjemność, żeby
lubili na niego patrzeć”. Perspektywa tancerza znacznie się jednak zmieniła i
po latach sam zadaje pytanie, czy powinien tańczyć tylko ze względu na to, że
jest w tym dobry. ,,Tancerz” Stevena Cantora jest więc ostatecznie filmem o
poszukiwaniu celu, własnej tożsamości, szczęścia, o uzależnieniu, niemożności
zrezygnowania z czegoś, co jednocześnie cieszy, ale i ogranicza, sprawia ból.
Polunin przecież próbował odejść, ale nie zdołał; scena ma dla niego zbyt
wielką siłę przyciągania.
32. WFF: Słońce, to słońce mnie oślepiło (Polska, Szwajcaria 2016) reż. Anna i Wilhelm Sasnal
Spotkanie z Obcym
Tytuł to tylko wymówka dla
zbrodni. Zbrodni podwójnie złej, bo wymierzonej w kierunku obcego. A może
potrójnie, bo dokonanej przez obcego na obcym. Dużo w najnowszym filmie Anki i
Wilhelma Sasnalów obcości właśnie: zarówno tej mającej źródło wewnątrz siebie i na lokalnym podwórku, jak i zewnętrznej, rasowej. Sami twórcy przyznają się
również do luźnej inspiracji powieścią ,,Obcy” Alberta Camusa.
,,Słońce…” przygląda się głównemu
bohaterowi (Rafał Maćkowiak), o którym jednak niewiele wiadomo. Jego portret
psychologiczny nie jest rozbudowany ani łatwy do odszyfrowania. Głównie biega,
od czasu do czasu pracuje, uprawia seks z dziewczyną, jedzie na pogrzeb matki
(nie roniąc na nim ani łzy), spotyka się ze znajomymi. W jakikolwiek sposób
jego życie definiuje dopiero, o ironio, śmierć, jaką zadaje czarnoskóremu
nieznajomemu.
Autorzy starają się w filmie
dokonać oceny współczesnego społeczeństwa, co najlepiej widać właśnie we
wspomnianej wyżej scenie typowego grilla z przyjaciółmi. Rozmowa szybko schodzi
na najbardziej aktualne tematy, to jest kwestię przyjmowania do kraju
uchodźców. Padają zresztą wyświechtane, a jednocześnie jakby zaczerpnięte
prosto z rzeczywistości zdania wyrażające, eufemistycznie mówiąc, wątpliwości
dotyczące godzenia się na obcość we własnej ojczyźnie. Co ciekawe, kamera
ustawiona jest wówczas za bohaterem i kieruje ostrość na tył jego głowy;
mówiące w tle sylwetki są niewyraźne, co wydaje się sugerować, że Rafał Mularz
z jednej strony słyszy, ale nie do końca słucha, a mimo wszystko funkcjonuje w
atmosferze wzajemnego podjudzania i podsycania nienawiści, umacniania
ksenofobii.
Co ciekawe, w
filmie pokazano także fragment z prób do spektaklu ,,Wróg ludu” Henrika Ibsena w
reżyserii Jana Klaty, dyrektora Teatru Starego w Krakowie. I znowuż, pomysł ten
mógłby stanowić wyśmienitą okazję do puszczenia oka do obeznanego i
zaznajomionego z samym przedstawieniem, ale i okolicznościami jego powstawania widza. Opowieść
o doktorze walczącym z zaściankowością i biernością małego miasteczka mogłaby
zgrabnie korespondować z tematem ,,Słońca…”. Tymczasem znalazła się ona w nim
przypadkiem, posłużyła tylko jako miejsce pracy dziewczyny głównego bohatera i
nie wniosła niczego istotnego do jej portretu.
Trudny temat rasizmu został w
,,Słońcu…” ukazany za pomocą chaotycznie zmontowanych, uciętych i krzywych
kadrów, mających oddać dysharmonię w życiu bohatera, będącego być może metaforą
społeczeństwa. W scenie przesłuchania sądowego w usta postaci włożono cytaty z
wypowiedzi polityków dotyczące owej kwestii, co umiejętnie łączy fikcję z rzeczywistością. Problem nietolerancji został też jednak wpisany w burzliwą
dyskusję dotyczącą uchodźstwa, co jednocześnie jest jego zaletą i wadą. Z
jednej strony zabieg ten potwierdza uniwersalizm historii, a z drugiej tylko
niepotrzebnie upraszcza wydźwięk i próbuje zamknąć debatę, poruszającą wiele niejednoznacznych aspektów sprawy,
jednym zdaniem.
piątek, 4 listopada 2016
32 WFF: Ciemność (Meksyk, 2016) reż. Daniel Castro Zimbrón
Zrozumieć mrok
Dom w głębi lasu. W środku ojciec
i trójka dzieci. Najmłodsza dziewczynka, dorastający chłopiec i młody
mężczyzna, który okres nastoletni ma już mentalnie za sobą. Za oknem mgła i
bestia. Nie wiadomo jak wygląda, ale jej ryki roznoszą się po całym domu. Mrożą
krew w żyłach i ostrzegają przed wyjściem na zewnątrz. W pobliżu nikogo.
Na pierwszy rzut oka Ciemność
wygląda na niepokojący thriller. Rozwijający się stopniowo, bazujący na
atmosferze niepewności i zaszczucia. Informacje są dawkowane powoli, często
prowadzą do kolejnych pytań, zamiast dawać jednoznaczne odpowiedzi. Tajemnica
przybiera formę pajęczyny, która oplata umysł niczym gęsta mgła.
Nie należy się jednak zatrzymywać
przy tej podlanej dreszczykiem fasadzie. Tkankę niepokoju uzupełnia opowieść o
trudnych relacjach rodzinnych. Drobnych zwadach, które potrafią spiętrzyć się w
złogi niepewności. Zaufanie kruszeje, a jego twarda fasada łuszczeje i opada
płat po płacie ukazując nagą prawdę. Kończą się czasy niewinności, a świat i
najbliżsi ludzie pokazują swoją prawdziwą twarz.
W pewnym momencie na ekranie
pojawia się motyw marionetki. Aluzja czytelna nie tylko w stronę jednego z
bohaterów, ale i samego widza. Czerpanie z Ciemności w dużej mierze zależy od
tego, jak bardzo uda nam się zerwać ze sznurków. Można skupić się tylko na tym,
co pokazuje nam reżyser, ale najciekawsze jest to, co poza obrazem.
Dorastanie, trudność relacji z
ojcem i makabra łączą się w filmie Zimbrona w interesującą mieszankę. Przy tym
w żadnym z wątków nie mamy do czynienia z uproszczeniami. To bardziej zbiór
obserwacji, ciekawych pytań i wskazań kierunków, ale bez oczywistych rozwiązań.
W tym właśnie tkwi siła Ciemności. Daje duże pole do interpretacji i zachęca do
kolejnych seansów. Więcej skrywa w mroku, niż wyciąga na światło dzienne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













