wtorek, 5 września 2017
Spotkanie pierwsze - Tomasz Bagiński
Zapraszamy do obejrzenia relacji z pierwszego spotkania VI edycji warsztatów, którego gościem był pan Tomasz Bagiński.
niedziela, 14 maja 2017
Rusza nabór na VI edycję warsztatów Krytycy z pierwszego piętra - tym razem spotkania odbędą się w formule Masterclass
Centrum Myśli Jana Pawła II i Gutek Film zapraszają do nadsyłania zgłoszeń na warsztaty „Krytycy z pierwszego piętra (edycja VI): Masterclass”.
Na program bezpłatnych warsztatów składa się 6 spotkań w małej sali kina Muranów, których punktem wyjścia będzie przedpremierowa projekcja filmu z repertuaru Gutek Film. Po seansie odbędzie się spotkanie ze znanym, polskim twórcą filmowym (aktorem, reżyserem, scenografem, operatorem), który skomentuje zaprezentowany obraz z perspektywy swojej specjalności oraz odpowie na pytania uczestników warsztatów. Film zostanie także opatrzony komentarzem krytycznym eksperta Centrum Myśli JP2.
Gościem pierwszego spotkania - 21 czerwca - będzie TOMASZ BAGIŃSKI - nominowany do Oscara wybitny twórca filmów animowanych.
Kolejne pięć spotkań odbędzie się po wakacjach - od września do grudnia 2017 roku. Po każdym z nich uczestnicy będą mieli za zadanie napisania recenzji filmu czerpiąc z wiedzy zdobytej podczas warsztatów.
Wykładowcami poprzednich edycji warsztatów byli między innymi: Barbara Hollender, Paweł T. Felis, Michał Oleszczyk, Michał Walkiewicz, Krzysztof Kwiatkowski, Ryszard Jaźwiński czy Piotr Szygalski. Zaproszenie na spotkanie z krytykami z pierwszego piętra przyjęli także Anna Apostolakis, Agnieszka Grochowska, Katarzyna Herman, Jowita Budnik, Maciej Stuhr, Sławomir Fabicki, Greg Zgliński, Mitja Okorn, Piotr Kozłowski, Mateusz Damięcki, Grzegorz Jaroszuk i Krzysztof Chodorowski.
Warsztaty organizowane są przez Centrum Myśli Jana Pawła II. Partnerem projektu jest Gutek Film. VI edycja warsztatów otrzymała finansowe wsparcie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Zapraszamy do odwiedzenia stron internetowych www.facebook.com/krytycy oraz www.krytycyz1pietra.blogspot.com poświęconych czterem edycjom warsztatów.
UDZIAŁ W WARSZTATACH JEST BEZPŁATNY!
Zgłoszenia zawierające FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY oraz od jednej do trzech recenzji filmowych prosimy przesyłać na adres krytycyz1pietra@gmail.com do 31 maja 2017!
Link do formularza zgłoszeniowego.
O przyjęciu na warsztaty decyduje ocena nadesłanych prac oraz KOLEJNOŚĆ ZGŁOSZEŃ!
niedziela, 18 grudnia 2016
32. WFF: Tancerz (Rosja, Ukraina, USA, Wielka Brytania 2016) reż. Steven Cantor
Cena talentu
Przestronna, zbudowana z białego
drewna hala. Poranne promienie słoneczne wkradające się przez otwory w
ścianach. Szum zielonych liści. Świt. Młody mężczyzna o doskonale wyrzeźbionej
sylwetce, z pochyloną głową, jakby właśnie opadł na podłogę. Będąc w swoistym transie powoli kołysze się to w jedną, to w drugą stronę.
W takiej chwili widzimy Siergieja
Polunina po raz pierwszy. 27-letni ukraiński tancerz baletowy ma już na swoim
koncie najbardziej prestiżowe wyróżnienia, w wieku 21 lat stał się najmłodszym
tzw. principal w The Royal Ballet,
obecnie na stałe współpracuje z Moskiewskim Akademickim Teatrem Muzycznym imienia Stanisławskiego i Niemirowicza-Danczenki oraz Nowosybirskim Teatrem Opery i Baletu. Powyższe
informacje z łatwością odnajdziemy w Internecie, natomiast dokument Stevena
Cantora pozwala dostrzec więcej.
Reżyser zaczyna gwałtownie: w
krótkiej sekwencji, przywodzącej na myśl reklamę chcącą przykuć uwagę, niejako
streszcza losy Siergieja. Udaje mu się jednak wzbudzić, a co najważniejsze,
utrzymać zainteresowanie odbiorcy. W ,,Tancerzu” można znaleźć i nagrania
występów z dzieciństwa, i popisowe fragmenty ze spektakli na największych
światowych scenach, wypowiedzi i kolegów po fachu, i członków rodziny. Ta
ostatnia ma zresztą w przypadku Polunina niemałe znaczenie, stanowiła przecież niejako główną
motywację jego wspinaczki po kolejnych szczeblach kariery.
O fenomenie tego filmu stanowi
fakt, że można nie znać się na balecie, można nawet go nie lubić, ale
magnetyzmowi młodego geniusza ruchu nie sposób się oprzeć. Umiejętna selekcja
fragmentów wspaniałych choreografii nie dość, że znakomicie eksponuje talent
bohatera, to jeszcze kontrastuje z jego odczuciami, zmęczeniem i, jak sam to
nazwał, ,,wypaleniem”. Cantorowi udało się wydobyć z Polunina pokłady energii i
radości, ale też i tkwiących głęboko wewnątrz smutku i samotności. Reżyser mógł
z łatwością podążyć za sensacją i skupić się na skandalicznym epizodzie z życia Ukraińca, a mianowicie
imprezach, narkotykach i alkoholu, ale czy nie byłaby to wtedy tylko kolejna
łatwa ocena, sprowadzająca go do ,,artysty, któremu sława uderzyła do głowy”?
Mały Siergiej zapytany, dlaczego
tańczy, odpowiadał, że robi to ,,dla innych, żeby sprawić im przyjemność, żeby
lubili na niego patrzeć”. Perspektywa tancerza znacznie się jednak zmieniła i
po latach sam zadaje pytanie, czy powinien tańczyć tylko ze względu na to, że
jest w tym dobry. ,,Tancerz” Stevena Cantora jest więc ostatecznie filmem o
poszukiwaniu celu, własnej tożsamości, szczęścia, o uzależnieniu, niemożności
zrezygnowania z czegoś, co jednocześnie cieszy, ale i ogranicza, sprawia ból.
Polunin przecież próbował odejść, ale nie zdołał; scena ma dla niego zbyt
wielką siłę przyciągania.
32. WFF: Słońce, to słońce mnie oślepiło (Polska, Szwajcaria 2016) reż. Anna i Wilhelm Sasnal
Spotkanie z Obcym
Tytuł to tylko wymówka dla
zbrodni. Zbrodni podwójnie złej, bo wymierzonej w kierunku obcego. A może
potrójnie, bo dokonanej przez obcego na obcym. Dużo w najnowszym filmie Anki i
Wilhelma Sasnalów obcości właśnie: zarówno tej mającej źródło wewnątrz siebie i na lokalnym podwórku, jak i zewnętrznej, rasowej. Sami twórcy przyznają się
również do luźnej inspiracji powieścią ,,Obcy” Alberta Camusa.
,,Słońce…” przygląda się głównemu
bohaterowi (Rafał Maćkowiak), o którym jednak niewiele wiadomo. Jego portret
psychologiczny nie jest rozbudowany ani łatwy do odszyfrowania. Głównie biega,
od czasu do czasu pracuje, uprawia seks z dziewczyną, jedzie na pogrzeb matki
(nie roniąc na nim ani łzy), spotyka się ze znajomymi. W jakikolwiek sposób
jego życie definiuje dopiero, o ironio, śmierć, jaką zadaje czarnoskóremu
nieznajomemu.
Autorzy starają się w filmie
dokonać oceny współczesnego społeczeństwa, co najlepiej widać właśnie we
wspomnianej wyżej scenie typowego grilla z przyjaciółmi. Rozmowa szybko schodzi
na najbardziej aktualne tematy, to jest kwestię przyjmowania do kraju
uchodźców. Padają zresztą wyświechtane, a jednocześnie jakby zaczerpnięte
prosto z rzeczywistości zdania wyrażające, eufemistycznie mówiąc, wątpliwości
dotyczące godzenia się na obcość we własnej ojczyźnie. Co ciekawe, kamera
ustawiona jest wówczas za bohaterem i kieruje ostrość na tył jego głowy;
mówiące w tle sylwetki są niewyraźne, co wydaje się sugerować, że Rafał Mularz
z jednej strony słyszy, ale nie do końca słucha, a mimo wszystko funkcjonuje w
atmosferze wzajemnego podjudzania i podsycania nienawiści, umacniania
ksenofobii.
Co ciekawe, w
filmie pokazano także fragment z prób do spektaklu ,,Wróg ludu” Henrika Ibsena w
reżyserii Jana Klaty, dyrektora Teatru Starego w Krakowie. I znowuż, pomysł ten
mógłby stanowić wyśmienitą okazję do puszczenia oka do obeznanego i
zaznajomionego z samym przedstawieniem, ale i okolicznościami jego powstawania widza. Opowieść
o doktorze walczącym z zaściankowością i biernością małego miasteczka mogłaby
zgrabnie korespondować z tematem ,,Słońca…”. Tymczasem znalazła się ona w nim
przypadkiem, posłużyła tylko jako miejsce pracy dziewczyny głównego bohatera i
nie wniosła niczego istotnego do jej portretu.
Trudny temat rasizmu został w
,,Słońcu…” ukazany za pomocą chaotycznie zmontowanych, uciętych i krzywych
kadrów, mających oddać dysharmonię w życiu bohatera, będącego być może metaforą
społeczeństwa. W scenie przesłuchania sądowego w usta postaci włożono cytaty z
wypowiedzi polityków dotyczące owej kwestii, co umiejętnie łączy fikcję z rzeczywistością. Problem nietolerancji został też jednak wpisany w burzliwą
dyskusję dotyczącą uchodźstwa, co jednocześnie jest jego zaletą i wadą. Z
jednej strony zabieg ten potwierdza uniwersalizm historii, a z drugiej tylko
niepotrzebnie upraszcza wydźwięk i próbuje zamknąć debatę, poruszającą wiele niejednoznacznych aspektów sprawy,
jednym zdaniem.
piątek, 4 listopada 2016
32 WFF: Ciemność (Meksyk, 2016) reż. Daniel Castro Zimbrón
Zrozumieć mrok
Dom w głębi lasu. W środku ojciec
i trójka dzieci. Najmłodsza dziewczynka, dorastający chłopiec i młody
mężczyzna, który okres nastoletni ma już mentalnie za sobą. Za oknem mgła i
bestia. Nie wiadomo jak wygląda, ale jej ryki roznoszą się po całym domu. Mrożą
krew w żyłach i ostrzegają przed wyjściem na zewnątrz. W pobliżu nikogo.
Na pierwszy rzut oka Ciemność
wygląda na niepokojący thriller. Rozwijający się stopniowo, bazujący na
atmosferze niepewności i zaszczucia. Informacje są dawkowane powoli, często
prowadzą do kolejnych pytań, zamiast dawać jednoznaczne odpowiedzi. Tajemnica
przybiera formę pajęczyny, która oplata umysł niczym gęsta mgła.
Nie należy się jednak zatrzymywać
przy tej podlanej dreszczykiem fasadzie. Tkankę niepokoju uzupełnia opowieść o
trudnych relacjach rodzinnych. Drobnych zwadach, które potrafią spiętrzyć się w
złogi niepewności. Zaufanie kruszeje, a jego twarda fasada łuszczeje i opada
płat po płacie ukazując nagą prawdę. Kończą się czasy niewinności, a świat i
najbliżsi ludzie pokazują swoją prawdziwą twarz.
W pewnym momencie na ekranie
pojawia się motyw marionetki. Aluzja czytelna nie tylko w stronę jednego z
bohaterów, ale i samego widza. Czerpanie z Ciemności w dużej mierze zależy od
tego, jak bardzo uda nam się zerwać ze sznurków. Można skupić się tylko na tym,
co pokazuje nam reżyser, ale najciekawsze jest to, co poza obrazem.
Dorastanie, trudność relacji z
ojcem i makabra łączą się w filmie Zimbrona w interesującą mieszankę. Przy tym
w żadnym z wątków nie mamy do czynienia z uproszczeniami. To bardziej zbiór
obserwacji, ciekawych pytań i wskazań kierunków, ale bez oczywistych rozwiązań.
W tym właśnie tkwi siła Ciemności. Daje duże pole do interpretacji i zachęca do
kolejnych seansów. Więcej skrywa w mroku, niż wyciąga na światło dzienne.
wtorek, 1 listopada 2016
32. WFF: To tylko koniec świata (Kanada, Francja, 2016), reż Xavier Dolan
Rodzina w komplecie
„To tylko koniec świata“ jest
konsekwentną kontynuacją stylu kanadyjskiego reżysera. Po krótkim i dramatycznym
monologu głównego bohatera od razu zostajemy zanurzeni w rytmach utworu, który
mówi, że dom jest tam, gdzie boli. Nieco odrealniona scena, spowolnione tempo,
zbliżenia na twarze ludzi wokół, kadry spowite w kolorach zachodzącego słońca –
i jesteśmy w domu. Główny bohater dosłownie, a Xavier Dolan w kontekście
reżyserskiego stylu.
Kiedy teledyskowa sekewncja kończy się,
następuje ekspresowa ekspozycja. Nie ma tu bowiem mowy o stopniowym
wprowadzaniu bohaterów i oswajaniu ich z widzem. Zostajemy wrzuceni na
głęboką wodę rodzinnych relacji, emocjonalnych impulsów i niezręczności.
W całym chaosie uścisków i pierwszych dialogów ujawnia się kolejny talent
młodego reżysera – świetne wyczucie ludzkich osobowości, które Dolan tworzy,
jak sam niegdyś powiedział, na podstawie zachowań i nawyków, które kocha
obserwować u ludzi wokół siebie.
Matka (Nathalie Bay) jest
charakterologiczną kalką tytułowej bohaterki „Mamy“ – eskpresywna, kiczowato
ubrana i pełna miłości dla swojego syna. Antoine (Vincent Cassel) to choleryk i
niewolnik własnych resentymentów, które odżywają wraz z przyjazdem jego
brata do domu. Jest również Suzanne (Léa
Seydoux) sprawiająca
wrażenie zafascynowania swoim niewidzianym od wczesnego dzieciństwa bratem,
który jako jedyny w rodzinie zasmakował życia wyższych sfer. Jego młodsza
siostra zapewne również pragnęłaby wyrwać się z rodzinnej prozy życia – w
końcu nie bez powodu demonstruje swą buntowniczą naturę, kiedy w oblepionym
plakatami pokoju wypala kolejne skręty, słuchając punk rockowych piosenek. Ekstrawertyczną
trójkę dopełnia nieśmiała bratowa Louisa (Marion Cotillard), wypluwająca puste
formułki, by stłumić niezręczne chwile. To ona będzie tą kobietą, która, mówiąc
niewiele i jakając się, zrozumie z tego chaosu najwięcej. W ten sposób
Cotillard przejmuje pałeczkę po Suzanne Clement w sztafecie przenikliwych
introwertyczek filmografii Xaviera Dolana.
Ze
wszystkimi tymi osobowościami zderza się enigmatyczna postać głównego bohatera
(Gaspard Ulliel), który postanawia powrócić do rodzinnego domu, by obswieścić
bliskim swoją nadchodzącą śmierć. Dolana nie interesuje jednak zmierzenie
się z tematem śmierci, przemijania czy rozliczenia z przeszłością. Cały
koncept jest tylko pretekstem, by, podobnie jak w „Mamie“, stworzyć duszną
atmosferę, która zmusza do intymnych sytuacji pomiędzy bohaterami. Nie ulega
bowiem wątpliwości, że w takich scenach kanadyjski reżyser czuje się najlepiej,
mogąc wyeksponować emocjecentryzm swoich filmów.
Ekspresyjny
prym wiedzie przede wszystkim pełna antagonizmów więź braterska pomiędzy
Antoine i Louisem. Na pierwszy rzut oka wydaje się ona stereotypowa, ale wraz
z rozwojem wydarzeń staje się coraz bardziej pogłębiona i wiarygodna.
Louis lubi romantyzować błahe wydarzenia ze swojego życia – w końcu nie bez
powodu został uznanym dramaturgiem teatralnym. Dla Antoine każde słowo swojego
brata ocieka pozerstwem, a wrażliwość Louisa jest przez niego odbierana jako
wyrachowana autokreacja. Zupełnie różne poziomy wrażliwości dwu braci
sprawiają, że w jednym narastają frustracje z powodu braku możliwości
znaleznia wspólnego języka z uczuciowym artystą, a w drugim umacnia się
wrażenie nierozumienia ze strony rodziny. W ten sposób Dolan kreśli stary jak
świat konflikt chłodnego praktycyzmu oraz bezkompromisowej uczuciowości.
Przyobleka to jednak w kontekst fatalnej relacji rodzinnej, która skazana jest
na porażkę.
W
swoim szóstym pełnometrażowym filmie Xavier Dolan jest reżyserem samoświadowym,
jak jeszcze nigdy przedtem. Retrospektytwy podane w formie audiowizualnej uczty
powracają w niezmiennie satysfakcjonującej odsłonie. Widoczna jest również
operatorska konswkencja André Turpina,
dla którego „To tylko koniec świata“ jest trzecią produkcją u boku enfant
terrible kanadyjskiej kinematografii. Kadry spowite w ciepłych kolorach oraz
częste zbliżenia na twarze to już znak rozpoznawczy duetu Dolan & Turpin.
Ponadto młody reżyser nie przestaje redefiniować popkulturowo oklepanych
utworów poprzez osadzanie ich w kontekście scen z życia rodzinnego.
Przełamuje tym samym żenadę, która mogłaby towarzyszyć niektórym epizodom, gdyby
pokazać je na ekranie sauté – bez
dodatkowej narracji muzycznej. Balansując w ten sposób na granicy artyzmu i
pretensji, kanadyjski filmowiec wciąż potrafi znaleźć złoty środek, by
przenieść na ekran każdą emocję, którą zapragnie pokazać. Bo właśnie na
tym, nieprzerwanie od 2009 roku, koncentruje się kino Xaviera Dolana.
niedziela, 30 października 2016
32 WFF: Mama Rosa (Filipiny, 2016) reż. Brillante Mendoza
Ulice nędzy
Brillante
Mendoza, filipiński reżyser, jest jednym z odkryć Warszawskiego Festiwalu
Filmowego. Gdy dziewięć lat temu pokazywano tutaj jego „Tirador”, zapewne nikt
nie wróżył, że stanie w jednym szeregu z Almodovarem, Jarmuschem, Loachem
czy braćmi Dardenne. A jednak stało się. Wszystko za sprawą twórczości, będącej na bakier z aktualnymi trendami, oddającej za to cześć improwizacji i szczegółom rodzimej
codzienności.
W „Ma Rosie”
– jak wskazuje sam tytuł – punktem wyjścia staje się figura matki, żywicielki,
opiekunki ogniska domowego. Kiedy Rosa
(nagrodzona w Cannes Jaclyn Jose) wraz z mężem Nestorem, zostają aresztowani za
handel narkotykami ich świat staje do góry nogami. Wykupić się z rąk
policjantów? Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Wyznanie winy nie na wiele się
zdaje, a wydanie zaopatrzeniowca tylko nakręca pętlę niepewności. Wszak za
murami „podziemnej” izby komisariatu panoszy się korupcja i obłuda. Mendoza wyjaśnia
w ten sposób, co oznacza klepać biedę w stolicy Filipin. I co ciekawe, nie
interesują go wewnętrzne zgryzy bohaterów, a ich zwykła, niebestsellerowa
codzienność.
![]() |
| fot. materiały prasowe |
Ale w ciemnych
i wilgotnych zaułkach Manili jest jeszcze trochę miejsca na poświęcenie i wiarę
w rodzinę. Tyle, że wielki temat tegorocznego WFF, przeobraża się u Filipińczyka
w akt ekstremalnej ofiary. Dzieci Rosy rozpraszają się po mieście, by uciułać
pieniądze na kaucję za wyjście z aresztu: proszą krewnych o pożyczkę, sprzedają zestawy karaoke, a Erwin,
doprowadzony do ostateczności, oddaje w zastaw także swoje ciało. Zupełnie
jakby swoim upokorzeniem miał zadośćuczynić błędy rodziców. Tym samym Mendoza
nie ukazuje czarno-białego podziału na złych policjantów i dobrych obywateli, a
zadaje pomocnicze pytania o winę i odpowiedzialność. Autor „Kinatay”
nie pozwala zatem na identyfikację nawet z ofiarami opresyjnego systemu.
Chaotyczne,
rozedrgane kadry pochodzące z kamery uwieszonej na plecach bohaterów, nadają
„Ma Rosie” paradokumentalnego rysu. Ten wizualnie rozklekotany, utrzymany w
ryzach surowej formy, film, świadczy nie tylko o niskim budżecie i braku
znanych nazwisk, ale też o sytuacji społeczeństwa zepchniętego na skraj desperacji.
Niezależność artystyczna i finansowa pozwala reżyserowi przedstawić rodaków ledwo
wiążących koniec z końcem, pod batem skorumpowanego sektora publicznego. Mendoza walczy o ich sprawiedliwy portret - dla kina i dla potomnych swojej
ojczyzny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




